Kupowanie mistrzostwa

Dziury w całym
Filipiak WojciechJest czymś oczywiście nagannym „kupowanie” zwycięstw, by zapewnić sobie awans albo mistrzowski tytuł. Za normalne natomiast uważa się ściąganie najlepszych zawodników, by sobie tytuł zapewnić, zwłaszcza z drużyn też walczących o taką stawkę. Przekupienie piłkarza, by „podłożył się” na boisku, jest ewidentnie niemoralne, ale czy jest zgodne z duchem gry fair przekupienie go, by przeszedł „do nas” z obozu rywala?
Wisła ściągnęła Łobodzińskiego z Zagłębie i poderwała w ostatniej chwili Bełchatowowi Matusiaka, a niewiele brakowało, by znalazł się w Krakowie i Łukasz Garguła. Takie transfery, zwłaszcza w trakcie sezonu, budzą wątpliwości, bo dają fałszywy obraz potencjalnych możliwości poszczególnych drużyn.
Jeśli nie liczyć ściąganych do wojska najlepszych piłkarzy innych drużyn, z których później stworzono CWKS, jest to u nas stosunkowo nowy sposób budowania piłkarskiej potęgi. Z CWKS też zresztą nie było łatwo: bardzo długo nie udawało się złamać oporu Ruchu Chorzów, zwanego wówczas Unią, między innymi dlatego, że nawet generałowie z Warszawy nie byli w stanie ściągnąć do stolicy Gerarda Cieślika, o którego upominał się u samego generała Zawadzkiego i marszałka Rokossowskiego, jak głosi środowiskowa anegdota, słynny przodownik pracy Wiktor Markiefka. „Pobór” do wojska trwał od początku lat pięćdziesiątych, a CWKS pierwszy swój tytuł w tym okresie zdobył dopiero w sezonie 1955, co bardzo ładnie kojarzy się teraz z Wisłą, która od kilku lat nie może dorobić się Ligi Mistrzów, choć zainwestowała już bardzo dużo pieniędzy.
Następnym zespołem, który zastosował taktykę osłabiania rywala, był chyba Widzew, który definitywnie przerwał hegemonię Legii w połowie lat dziewięćdziesiątych, „kupując” do Łodzi Szczęsnego i Michalskiego. Jakże inaczej budowano kiedyś inne wielkie polskie drużyny, z Ruchem i Górnikiem Zabrze na czele. Owszem, wzmacniano się na potęgę, ale przede wszystkim we własnym środowisku, regionie, ale nie kosztem rywali, chociaż zdarzało się, że nawet Ślązacy grzeszyli „kaperownictwem”.
To ostatnie słowo warte jest dzisiaj rehabilitacji, bo odróżnić trzeba transfer z klasy niższej albo z zagranicy od namawiania najlepszych zawodników do gry w najsilniejszym klubie przez menedżerów, skutecznie mieszających w głowie skołowanym piłkarzom. Kilka razy tej zimy musiał interweniować PZPN, bo okazywało się, że istnieją sprzeczne ze sobą wersje kontraktów, nagminnie podpisywane są jakieś dziwne, tajne aneksy. To, co w sprawie Garguły namieszali panowie Jacek Bednarz i Radosław Osuch, to kompromitacja zawodu piłkarskiego menedżera i aż dziw bierze, że po decyzji PZPN sprawa w ogóle ucichła, jakby nic się w ogóle nie stało. A przecież mieliśmy do czynienia z jawną manipulacją, której ostatecznym celem było „załatwienie” sobie mistrzostwa. W bardziej subtelny sposób, niż chamskie przekupienie sędziego, ale zawsze...
Zostawmy jednak w spokoju Wisłę, bo to przecież swoje 110 milionów, jak wyliczyły gazety, wydał na ten cel Bogusław Cupiał. Głównym zmartwieniem wielu sprawozdawców było zimą to, kogo poszczególne zespoły ściągną, a kibice nie śledzili aktualnej formy swoich drużyn, tylko pilnowali kalendarza, by nie przegapić osławionego „okna transferowego”, istnego fetyszu trenerów i działaczy klubowych. Najbardziej poszukiwane były „odrzuty eksportowe”. Ci, co pamiętają tamte lata, wiedzą, że był to wprawdzie towar ładnie opakowany i atrakcyjny z wyglądu, ale jednak z jakimś ukrytym felerem.
Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 10 • dodano 05-03-2008r. przez darek