Transferowa beczka śmiechu

Dziury w całym
Filipiak WojciechCzasem trzeba się odprężyć od wielkich problemów, przestać zbawiać świat (choćby tylko futbolowy) i pośmiać się z czegoś, co inni traktują całkiem poważnie. Nie wspomnę więc dzisiaj o korupcji, nieudolnych sędziach, czy o bałaganie w PZPN. Zaśmiałem się bowiem ostatnio kilka razy, czytając informację z „rynku transferowego” i chciałbym teraz tym śmiechem zarazić czytelników tej rubryki.
Wystąpi w niniejszym felietonie Mirosław Trzeciak, którego ceniłem nie tylko z racji dokonań na boisku, ale i w ogóle za życiowy rozsądek, jakim się charakteryzował zarówno podczas swojej piłkarskiej kariery, jak i po jej zakończeniu. Teraz jednak fatalnie dał się „wkręcić” jakimś piłkarskim hochsztaplerom, bo nie chce mi się zmieścić w głowie, by działał świadomie.
W jednej z relacji z zimowego obozu Legii w Hiszpanii przeczytałem, że Legia ma pozyskać piłkarzy z Ghany o nazwiskach Emmanuel Clottey i Seidu Yahaya. Nie zawsze potrafię rozpoznać ludzi na zdjęciach, ale mam za to pamięć do nazwisk i szybko skojarzyłem, że to ci sami zawodnicy, którzy latem mieli przyjść do Widzewa. Podobno już nawet kontrakty były podpisane, piłkarze długo się jednak nie pojawiali. Tłumaczono, że mają kłopoty z uzyskaniem wiz, potem ponoć czekali na lotnisku (chyba ze dwa tygodnie) na połączenie. Sprawa w końcu ucichła bez słowa wyjaśnienia, bo ten, co już pewnie wypłacił menedżerowi stosowną prowizję, wstydził się przyznać do swojej naiwności. Po tym, co napisałem, łatwo się już teraz domyślić, że obaj piłkarze z Ghany do Legii też nie przyjechali. Mieli problemy z wizami...
Inne kabaretowe widowisko funduje kibicom ŁKS litewski współwłaściciel klubu Algimantas Breikštas. Obiecywał, że sprowadzi kilku rewelacyjnych zawodników z Brazylii, w co po doświadczeniach z Antonim Ptakiem w Łodzi nikt chyba nie wierzył, ale Litwin był konsekwentny. Na uroczystą prezentację w jednej z łódzkich restauracji przywiózł dwóch zawodników, którym po rundzie jesiennej w ŁKS podziękowano, bo średnio nadawali się do naszej ligi! Nie zraziło go to, że się ośmieszył, bo w kolejnej grupie pojawił się piłkarz, którego ŁKS testował już kilka miesięcy wcześniej, tyle tylko, że wówczas... inaczej się nazywał. Rozpoznali go sami zawodnicy, którym wcześniejszy Santos da Silva przedstawił się teraz jako Wellington Binho. Cóż to za problem kupić piłkarzowi inny paszport?
Wróćmy do Legii, bo pojawiła się nowa sprawa. Ogłoszono oficjalnie, że Legia pozyskała młodego zawodnika z Ghany - Ransforda Osei, wyróżniającego się piłkarza mistrzostw świata do lat 17. Moją czujność wzbudziła informacja, że piłkarz dotrze do Warszawy później, gdy tylko uzyska wizę. I nie pomyliłem się: tego zawodnika w Legii nie ma i nie będzie, a z analizy ruchów na rynku transferowym wynika, że jego menedżer sprzedał go kilka razy - od Australii i Chin po Manchester City.
Kiedyś spryciarze z Nigerii rozsyłali listy z prośbą o podanie numeru konta, bo mają zbędną gotówkę i chcieliby ją na chwilę przechować, obiecując oczywiście naiwnym sutą prowizję. Transfery nieistniejących piłkarzy to ten sam patent - zawsze ktoś uwierzy i da się przekonać, że robi złoty interes.
Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 11 • dodano 11-03-2008r. przez darek