Biletowa psychoza

Dziury w całym
Filipiak WojciechJak wynikałoby z opublikowanych danych liczbowych, co trzydziesty Polak, wliczając noworodki, wybiera się do Austrii i Szwajcarii na mistrzostwa Europy w piłce nożnej w czerwcu tego roku. Komputery rejestrujące zgłoszenia zanotowały aż 1 100 000 chętnych! Szanse na dostanie biletu w drodze losowania miał co 140 zgłoszony.
To jakaś psychoza, żeby nie powiedzieć – paranoja. Jakoś nie widać tych tysięcy (ba, milionów!) sympatyków sportu odwiedzających polskie stadiony i nawet mecze reprezentacji nie zawsze ściągają tłumy. Nagle wszyscy się budzą i nie zważając na niemałe koszta (wycieczka do Szwajcarii i Austrii będzie droższa niż wyprawa na mistrzostwa świata do Niemiec przed dwoma laty) chcą teraz jechać na Euro 2008? Zwyczajnie w to nie wierzę!
Psychologia tłumu zna zjawisko „owczego pędu”, a starsi Polacy pamiętają z własnych doświadczeń: jeśli pojawiała się gdzieś kolejka, to należało się ustawić, bo „coś rzucili”, a potem dopiero sprawdzać, „za czym” się stoi. Gdy zlikwidowano kartki na mięso, okazało się nagle, że spożycie jest niższe niż w okresie kartkowym, a pamiętam jeszcze torby cukru w szafce, który wykupywało się regularnie, bo „się należał”, chociaż każdy miał w domu takie zapasy, że już więcej nie potrzebował. Skoro prasa pisała teraz, że biletów będzie mało, a potem okazało się, że w wolnej sprzedaży nawet jeszcze mniej, a na dodatek pojawiły się kłopoty z rejestrowaniem się na stronie przedsprzedaży, zainteresowanie zwielokrotniło się, bo w pewnym momencie każdy chciał sprawdzić, czy wejście na stronę „kup bilet” to rzeczywiście taki problem, a jak już wszedł, to nawet nie licząc na szczęście w losowaniu, na wszelkie wypadek się zapisywał.
Sam system sprzedaży biletów to przykład, jak można skomplikować rzecz dość prostą i doskonale w przeszłości rozwiązaną. Każdy, kto chciał kupić bilet, szedł z gotówką do jednego z kilkunastu punktów przedsprzedaży i wybrany bilet po prostu kupował, bez pośrednictwa robiącego na tym swój interes komputerowego lobby (proszę zwrócić uwagę, jakie narzuty trzeba obecnie płacić jako prowizję i podatki). Jestem przekonany, że przydzielona Polsce pula starczyłaby dla wszystkich chętnych, bo kupowaliby autentycznie zainteresowani.
W przeciwieństwie do mistrzostw świata w Niemczech nie ma tym razem biletów imiennych, dlatego każdy, kto chciał, mógł rejestrować się kilkakrotnie, pozornie tylko zwiększając swoje szanse w losowaniu, bo w istocie liczba chętnych wzrastała w ten sposób w postępie geometrycznym. Przewiduję, że znaczna część „przyznanych” biletów nie zostanie odebrana albo rychło znajdzie się na internetowych aukcjach ze znacznym „przebiciem”
Nie rozumiem też bezkrytycznego stanowiska większości komentatorów na temat rzekomego ograniczenia praw „prawdziwych” kibiców kosztem sponsorów, działaczy i samych piłkarzy, zrzeszonych w PZPN, którzy też przecież mają prawo pojechać na mistrzostwa w charakterze kibiców, choćby dlatego, że ich zainteresowanie futbolem jest autentyczne i ciągłe, a nie odświętne i przypadkowe. Nie może też być zgody na zawłaszczanie piłki przez tych, dla których mecz wyjazdowy, zwłaszcza zagraniczny, to okazja do potężnej popijawy z dala od domu, kontroli żony i polskiej policji. Ci w krawatach też mają prawo iść na mecz, co więcej – towarzystwo tych pierwszych nie musi im odpowiadać.
Skoro uważa się, że ludzie w różny sposób zaangażowani w działalność w piłce są przy dystrybucji biletów uprzywilejowani, to co szkodzi włączyć się w działalność swojego klubu (zwłaszcza sekcji młodzieżowych) albo okręgowego związku. Tam naprawdę potrzeba młodych, a miłość do futbolu przejawiająca się tylko w machaniu szalikiem na meczach rozgrywanych za granicą, to zwykłe pasożytnictwo na tych, co poświęcają swój czas i pieniądze.
Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 12 • dodano 18-03-2008r. przez darek