Feniks z szamba

Krótkie krycie
Mikus Dariusz JanMichał Listkiewicz najpierw publicznie obiecał odspawać się od fotela prezesa PZPN, by teraz oświadczyć tłumowi łatwowiernych, że tego nie zrobi. To rzadki przypadek, gdy ten sam kubeł pomyj oblewa i zanieczyszcza obie zainteresowane strony.
Pisanie tego tekstu jest niczym próba tłumaczenia naiwnym, że mamusia słusznie kiedyś ich przestrzegała przed wkładaniem ręki do nocnika. Oczywiście tłumaczenia post factum...
Mimo to jeszcze nie raz znajdą się naiwni (?), którzy ochoczo dadzą się kolejny raz nabrać przebiegłemu sternikowi polskiej karykatury sportu o nazwie: piłka nożna. Dlaczego?
Powodów jest kilka.
Po pierwsze Michał Listkiewicz – choć nie jest mistrzem manipulacji – znakomicie potrafi wypływać z kolejnego szamba z uśmiechem - niczym z reklamy pasty do zębów - na ustach. Wszak nie ma nic cenniejszego niż czystość... A jak czysty „Listek” jest, każdy widzi.
Po wtóre, posiada on niezwykły dar radosnego patrzenia w obiektyw kamery i karmienia mikrofonu mielonym ze śmierdzącej tkanki polskiej piłki. Oczywiście pan prezes trzyma przy tym w ręce napisane przez siebie menu i dowodzi, iż jest to markowy kawior – którego konsumpcję tłum zawdzięcza jedynie jego zasługom...
Po trzecie, skoro rządzący i naród daje się manipulować takiemu cwaniaczkowi, to wyraźnie na to zasługują. Nie oszukujmy się, już wiele razy była możliwość – bo o podstawach moralno-prawnych nawet nie wspomnę – by wagonik z panem prezesem odstawić na boczny tor. Nic z tego. Dla wielu był i jest odpowiedni na swoim stołku...
Mało tego. Każda kolejna władza obiecuje rozliczenie afery futbolowej, a wszystko - dziwnym trafem - zawsze kończy się identycznie – rotują tylko ekipy ministerialne zmieniające panu prezesowi pampersy.
Jest też wariant alternatywny. Nie będzie dla pana Michasia prezesury, to znajdzie się lukratywny fotelik w struktrach organizacyjnych Euro.
Dlaczego? Bo Michał L. jest dozgonnie niezbędny, a wybór Polski i Ukrainy to tylko jego zasługa!! A może tak ktoś by się zorientował, czy sprawę wspólnej imprezy pociągnęli w słusznym kierunki ukraińscy magnaci, czy polski prezes skorumpowanego związku...? No właśnie - kto?
Czy zaskoczyła mnie deklaracja Listkiewicza? Szczerze przyznam, że raczej nie.
Dlaczego tylko raczej? Raczej, bo znając skalę jego bezczelności, nie potrafię sobie wyobrazić prawd przez niego głoszonych, których następnego dnia nie byłby gotów nazwać bluźnierstwem niegodnym człowieka honoru. Taką ma taktykę i takie morale. I właśnie dlatego pozwala sobie na coraz bardziej bezczelne numery. Bo przecież słynna „pojedyńcza czarna owca” to przy tym czytanka przedszkolaka.
Ale tym razem przesadził, bowiem przy tak widowiskowej reaktywacji feniksa z szamba obrzucił ekstrementami także przedstawicieli władzy, którzy gwarantowali tłumowi - swoimi wizerunkami - polubowne, acz ostateczne i łagodne rozstanie się prezesa z PZPN.
Teraz panowie w garniturach stoją obok chwilowo pustego szamba z fekaliami na białych kołnierzykach, a naród czeka, czy zaczną czyścić służbową odzież, czy też udawać, że smród pochodzi z flakonika perfum Diora.
Do boju, panowie w ministerialnych gabinetach – pokażcie narodowi, po której stronie stoicie...
Tygodnik Kibica nr 29 • dodano 16-07-2008r. przez admin