Porządek musi być

Dziury w całym
Filipiak WojciechKażda władza ma to do siebie, że chciałaby wszystko uregulować, wtłoczyć w przepisy i regulaminy, bo przecież ustalanie obowiązujących praw to nieodłączny atrybut rządzących. Czują się wtedy potrzebni i ważni, wręcz niezbędni. Krytykowany niemal za wszystko PZPN nie jest pod tym względem wyjątkiem, ale aż dziw bierze, że nikt nie zauważył niedawnego posunięcia związku w tym zakresie. PZPN bowiem rozpoczął licencjonowanie klubowych lekarzy...
Licencja to obok korupcji najpopularniejsze słowo w prasowych tekstach o PZPN. Stosowne komisje związku decydują zatem na przykład, na których stadionach można grać, a na których nie. Akurat w tym przypadku nie można się czepiać: trzeba stawiać klubom minimalne choćby wymagania, by unormować wreszcie ich gospodarkę finansową i doprowadzić obiekty do przyzwoitego poziomu, godnego cywilizowanego kraju. Tam, gdzie trzeba być twardym, związek jest jednak zadziwiająco łagodny, o czym świadczą przypadki Widzewa, Ruchu, Piasta, bytomskiej Polonii czy ŁKS.
Już jednak w przypadku licencji trenerskich można mieć wątpliwości, bo to klub powinien przecież decydować, kogo chce zatrudnić i aż nie chce się przywoływać po raz kolejny przykładu Franza Beckenbauera, który prowadził nawet reprezentację Niemiec, mimo że nie ma choćby stopnia instruktora. My też mieliśmy swojego Franza – po sukcesach Smudy z Widzewem w 1996 roku (warto to ciągle przypominać, bo był to ostatni start Polaków w fazie grupowej Ligi Mistrzów) komuś się przypomniało, że nie ma on stosownych uprawnień do pracy w ekstraklasie. Dariusz Wdowczyk też zdobył mistrzostwo Polski z Polonią jako „drugi trener”, bo wtedy nie miał jeszcze nawet matury.
Licencje dla trenerów są tym bardziej pozbawione sensu, że nigdzie w przepisach gry w piłkę nożną nie napisano, że drużyna w ogóle musi mieć trenera! Nawet w meczowych protokołach nie ma takiej rubryki, bo należy w nich wpisać nazwisko kierownika lub (to ważne słowo w tym kontekście) trenera, ale tylko jako osoby odpowiedzialnej za prawdziwość danych zawodników.
Niezłą operetką są też licencje spikerskie. Sam byłem spikerem na meczach przez kilkanaście lat, dzisiaj się już tym nie bawię, ale nawet gdybym chciał, to z trzydziestokilkuletnim stażem pracy w mediach (z radiem i telewizją włącznie) nie mógłbym tej roli pełnić, bo nie mam świadectwa ukończenia stosownego kursu. Ów kurs trwa bodaj trzy dni (co tam ukończenie studiów dziennikarskich i praktyka zawodowa), a jak opowiadają młodsi koledzy, którzy z takich imprez wracają niebywale rozbawieni, trwa tam z reguły jedna wielka balanga. Delegat PZPN ściśle jednak świadectwo ukończenia takiej „akademii” przed każdym meczem kontroluje, co więcej – ma prawo karać finansowo za stwierdzone niedociągnięcia i dopiero po tym widać, do czego taka licencja jest potrzebna! Gdyby panowała pod tym względem swoboda, stadionowemu spikerowi delegat mógłby najwyżej skoczyć. Pytanie, czy wprowadzenie licencji dla spikerów podniosło poziom meczowych zapowiedzi, jest wyłącznie retoryczne, bo nadal wszystko zależy od kultury, sprawności językowej, refleksu i fachowej kompetencji człowieka, który bierze do ręki mikrofon.
Wprowadzenie licencji dla klubowych lekarzy jest już wręcz niepojęte. Takie reglamentowanie dostępu do tej funkcji stoi w sprzeczności z kilkunastoma chyba przepisami wyższej rangi. Wszak wykonywanie zawodu lekarza z oczywistych powodów uregulowane jest odpowiednimi ustawami. O dopuszczeniu do pracy decydują fachowe komisje, trzeba zdać stosowne egzaminy i podporządkować się licznym rygorom. Do czego więc potrzebna jest jeszcze zgoda PZPN? Czy będzie jej udzielał wiceprezes Eugeniusz Kolator?
PZPN ogranicza w ten sposób także prawa pacjentów, jakimi są w tej sytuacji piłkarze. Każdy ma przecież prawo wyboru lekarza, czyżby teraz miało się jednak okazać, że za pójście z kontuzjowanym kolanem do innego doktora niż klubowy groził będzie walkower, dyskwalifikacja i kara pieniężna? Skoro do wbiegnięcia na boisko z apteczką i udzielanie pomocy poszkodowanemu potrzebna jest licencja, to dlaczego objęci są nią tylko lekarze, a nie klubowi masażyści? To przecież poważne niedopatrzenie! A kierownicy drużyn, chłopcy do podawania piłek, gospodarz stadionu odpowiedzialny za zawieszenia siatek i wbicia chorągiewek w rogach boiska?
Pozostało dużo do zrobienia. Pytanie „co by tu jeszcze uregulować?” brzmi jednak niepokojąco podobnie do „co by tu jeszcze spieprzyć, panowie?”.Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 30 • dodano 23-07-2008r. przez darek