Prawo i... sens

Dziury w całym
Filipiak WojciechKluby ukarane degradacją za korupcję chwyciły się jak tonący brzytwy korzystnych w tym przypadku dla nich przepisom kodeksu karnego. W Łodzi na Widzewie, w Kielcach i w Lubinie nikt nawet już próbuje wypierać się niechlubnej przeszłości, widząc ratunek li tylko w udowodnieniu, że czyny, za które PZPN je ukarał, uległy przedawnieniu. Utwierdził ich w tym przekonaniu ostatni werdykt Trybunału Arbitrażowego przy PKOl., nie tyle uniewinniający Widzew, co uznający korupcyjne przekręty tego klubu za niebyłe. Można się spodziewać, że to samo dotyczyć będzie Korony i Zagłębia Lubin, bo te kluby „kupowały” mecze jeszcze wcześniej.
O tym, że prawo rozmija się z sensem i z życiową codziennością, dowiadujemy się dość często. Bodaj rok temu głośna była sprawa małżeństwa, które zginęło w wypadku samochodowym, zaś jadące z rodzicami dziecko zmarło w szpitalu kilka dni później. Okazało się, że dość pokaźnego majątku nie może odziedziczyć matka jednego z rodziców, bo choć rodzice mogą dziedziczyć po dzieciach, to babcia po wnuku już nie. Z wyroku sądu wynikało jednoznacznie, że dziecko zmarło dwa dni za późno... Takiej autentycznej życiowej tragedii nie można oczywiście porównywać z tanimi machinacjami paru cwaniaczków, którzy kręcą się koło ligowej piłki, ale tok myślenia prawników jest w obu przypadkach podobny: paragrafy, niezależnie od okoliczności, są ważniejsze niż zdrowy rozsądek i zwykły sens.
W piłce nożnej nie ma już teraz „działaczy”, są tylko „menedżerowie”, którzy ustawicznie nam wmawiają, że futbol to przede wszystkim biznes. Dla nich może i tak, bo trudno się dziwić, że wykładając swoje pieniądze, chcą na nim zarobić. Piłka nożna nie jest jednak biznesem dla tych wszystkich, dla których stanowi ona pasję, przy czym celowo nie używam tu słowa „kibice”, bo nie tylko o nich chodzi. Jak wielu z nich, czuję się werdyktem trybunału oszukany, tak jak nigdy nie jestem w stanie zaakceptować wyroku znacznie poważniejszego trybunału, bo tego ze Strasbourga, który jakiemuś przestępcy z Polski przyznał odszkodowanie za... ciasnotę w więziennej celi. A bywają przecież i rozsądni prawnicy, którzy uważają, że to pokrzywdzony powinien być pod ochroną, a nie ofiara. I tu uwaga: nasz trybunał PKOl. też był niedawno zdania, orzekając w przypadku Szczakowianki, że ktoś, kto przekracza prawo, nie może liczyć na ochronę prawną w swoich działaniach.
Amerykański Dziki Zachód nie jest może najlepszym przykładem prawnych precedensów, ale tam szeryf w dyskusyjnych przypadkach konsultował się z własnym rozumem i sumieniem, niekoniecznie czekając na sędziego. To oczywiste przecież, że gdy ktoś oszukuje przy pokerze, to po prostu kopniakami wyrzuca się go z saloonu, a nie biegnie do sądu. Tak samo przy grze w piłkę: mamy jeszcze na tyle zdrowego rozsądku, że nikomu nie przyjdzie do głowy skarżyć się w sądzie na przykład na decyzje arbitra na boisku. To akurat jest zresztą zakazane w obowiązujących i akceptowanych przez wszystkich regulaminach.
O tym, że prawo nie nadąża za życiem, wiadomo nie od dziś. Stosownych zapisów antykorupcyjnych w prawie powszechnym i związkowym nie było, bo jak kiedyś napisałem, nikt takiej piłkarskiej korupcji nie traktował poważnie, uważając ją za swoisty folklor, na który nie mieliśmy zresztą w Polsce monopolu, bo jest to zjawisko globalne. To tak jak z dopingiem w Tour de France: wszyscy wiedzieli, że jest, ale „dla dobra sprawy” lepiej było po prostu milczeć. Ale czy z tego, że nie było w regulaminie i w kodeksie karnym wzmianek o sportowej korupcji, wynika, że była ona wcześniej dozwolona? Od wszelkich kodeksów ważniejszych jest dziesięć przykazań: „nie kradnij” znaczy również „nie oszukuj bliźniego swego”.
Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 31 • dodano 30-07-2008r. przez darek