strona głównao tygodnikuredakcjaprenumeratakontaktforum

Nadmuchani bohaterowie

Dziury w całym

Filipiak Wojciech
Nie ulega wątpliwości - najlepszym sportowcem 2008 roku zostanie we wszystkich noworocznych ankietach Michael Phelps. Zadziała niewątpliwie magia kilkunastu złotych medali olimpijskich, ale przecież Phelps to tylko utalentowany pływak, zresztą wcale nie wiadomo, czy najlepszy na świecie, bo mnogość stylów i konkurencji pływackich uniemożliwia precyzyjną ocenę. Dlaczego najlepszym sportowcem ma być pływak, a nie na przykład wioślarz, ciężarowiec, lekkoatleta? Wystarczy policzyć medale? Phelps jest sportowcem wybitnym, ale swoją przewagą nad innymi uzyskuje wbrew zasadom fair play. No bo jak ma się z nim zrównać mistrz wszechwag w podnoszeniu ciężarów, boksie czy zapasach, wybitny tyczkarz, skoczek wzwyż czy biegacz, którzy już na starcie są bez szans, bo nie mają do dyspozycji tylu okazji do zdobywania medali. O grach zespołowych już nie wspomnę, bo nie dość, że w całym turnieju piłkarskim można zdobyć tylko jeden medal, to na dodatek pracuje na niego 22 zawodników. Gdyby Messi albo Ronaldinho chcieli dorównać Phelpsowi, osobno należałoby prowadzić klasyfikację uwzględniającą wyniki po 22 i pół minutach gry, do przerwy i w całym meczu (tak jak pływak może wygrać kolejno wyścigi na 100, 200 i 400 metrów), a do tego odrębnie liczyć strzały lewą i prawą nogą oraz głową, tak jak pływacy rywalizują w kraulu, żabce i delfinie. To groteskowy i śmieszny obraz, prawda? Turniej piłkarski jest na tle igrzysk zjawiskiem szczególnym. Paradoksem jest, że na najwyższym poziomie stały turnieje w latach 1952-76, gdy ortodoksyjnie przestrzegano zasad olimpijskiego amatorstwa, które ze znanych powodów nie dotyczyły jednak ekip z naszej strony świata. Był to okres, gdy w ścisłej światowej czołówce były zespoły ZSRR, Jugosławii i Czechosłowacji, które zdobywały medale mistrzostw świata i Europy, potem Polski, bo przecież kariera „Orłów Górskiego” zaczęła się od złotego medalu w Monachium, a skończyła na „srebrze” w Montrealu. Szczególną kartę olimpijską (złoto w Helsinkach, Tokio i Meksyku, srebro w Monachium) mają Węgrzy, a Ferenc Puskas i jego koledzy dlatego nazywani byli „złotą jedenastką”, że dwa lata przed pechowymi dla nich mistrzostwami świata w Szwajcarii w 1954 roku wygrali olimpijski turniej w Helsinkach. Rywalizacja olimpijska była wewnętrzną sprawę szeroko rozumianej „Europy wschodniej” w sensie raczej politycznym niż geograficznym. Reszta świata swoich najlepszych zawodników na igrzyska przysyłać nie mogła i reprezentowana była przez zespoły amatorsko-młodzieżowe, a meczów Polaków z nimi nie ma na naszej oficjalnej liście spotkań międzypaństwowych, czego do końca życia nie mogli zrozumieć Kazimierz Górski, który przecież osobiście prowadził polski zespół do montrealskiego zwycięstwa nad Brazylią, oraz Kazimierz Deyna, który stracił miejsce na liście zawodników z minimum setką meczów międzypaństwowych. Inny charakter miał już jednak turniej w Barcelonie w roku 1992, bo wówczas rywalizowały zespoły do lat 23. Wbrew temu, co się powszechnie sądzi, porównania późniejszych karier finalistów z Polski i Hiszpanii wcale nie musimy się wstydzić, bo i z naszego zespołu wyłoniło się później kilka gwiazd europejskiej klasy. A na pytanie, dlaczego nie udał się manewr „zmieniamy szyld i jedziemy dalej”, najlepiej potrafiliby odpowiedzieć autorzy tego hasła Wojciech Kowalczyk i Janusz Wójcik. Nie jestem przekonany, czy słuszne jest stworzenie furtki dla najlepszych, jaką jest dopuszczenie do turnieju kilku zawodników powyżej 23 lat. Niech już lepiej grają zawodnicy na dorobku, kandydaci na gwiazdy, bo i tak żaden z piłkarzy nie stanie się dzięki igrzyskom takim sztucznie lansowanym herosem jak Phelps. Ale z drugiej strony to miłe, że Messi i Ronaldinho chcą mieć w swoim życiorysie także olimpijską przygodę. Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 34 • dodano 20-08-2008r. przez darek
© 2007 Tygodnik Kibica Wszystkie prawa zastrzeżone.
Liczba odwiedzin:915324