Nie oni pierwsi

Dziury w całym
Filipiak WojciechŚwięte oburzenie wybucha co jakiś czas, gdy okazuje się, że ligowi lub reprezentacyjni piłkarze (a także sportowcy z innych dyscyplin) zabalują gdzieś ostro. Reakcje trenerów i szefów klubów są na ogół zdecydowane tylko wtedy, gdy afera wyjdzie na jaw albo wszystko odbywa się publicznie, jak przed laty „afera na Okęciu”, czy też ostatni „występ” Majdana i Świerczewskiego w Mielnie, niezależnie od tego, czy uwierzymy policji, czy też im. Wiele lat pracy dziennikarskiej, a zatem ścisłych kontaktów ze środowiskiem sportowym, nauczyło mnie nie tylko cierpliwości i pokory, ale także... wyrozumiałości.
Od sportowców, piłkarzy nie wyłączając, oczekuje się nieskazitelnej postawy, będącej świetlanym przykładem dla innych. A niby dlaczego? Przecież wyśmiewaliśmy nie raz gadki o „wychowawczej roli sportu”, czuliśmy fikcję i hipokryzję wszelkich działań podejmowanych w tym kierunku przez wiceprezesów do spraw wychowawczych i przewodniczących klubowych kół Związku Młodzieży Socjalistycznej. Teraz sportowiec to zawód jak każdy inny, dlaczego więc nadal uważamy, że piłkarz, koszykarz i szermierz powinien przewyższać moralnie skacowanego w poniedziałek szewca, pijanego majstra na budowie, przekupnego policjanta albo skorumpowanego lekarza? Jeżeli sportowiec wejdzie w kolizję z prawem, wda się w publiczną awanturę, przejedzie człowieka albo zbije żonę, powinien być karany jak każdy obywatel, ale związku z jego karierą mieć to nie powinno tak długo, dopóki jego pozaboiskowe życie nie ma wpływu na wyniki. A nawet jeżeli ma, to reakcją nie musi być od razu dyskwalifikacja, tylko normalne w przypadku słabszej formy odsunięcie od składu. „Nicht trinken, nicht szpilen” - mawiał pewien były reprezentant spotkany na pomeczowym bankiecie.
Historia ujawniania alkoholowych afer i późniejszego nakładania kar pełna jest niekonsekwencji. Jako jeden z pierwszych ofiarą przesadnej i nadgorliwej troski o moralność publiczną padł Ernest Wilimowski, którego przyłapano na alkoholowej biesiadzie, co w efekcie kosztowało go wykluczenie z Igrzysk Olimpijskich w 1936 roku i być może... stratę medalu przez nasz zespół (Polska zajęła wówczas czwarte miejsce). Tak surowej karze kibice się dziwili, bo wiadomo było, że popija nie tylko Wilimowski, a i w jego przypadku nie była to dziewicza wizyta w knajpie. Dobrotliwy i liberalny był w tych sprawach Kazimierz Górski – wszak wielkość wyraża się nie tylko w czynach heroicznych. „Dla mnie pijany Gorgoń jest lepszy od trzech trzeźwych Ostafińskich” - wypalił raz publicznie, a gdy w 1974 roku w Murrhardt Zygmunt Anczok wrócił do hotelu już po zgaszeniu świateł, sprawę rozegrano dyskretnie i z taktem, bez publicznego potępiania i egzekucji winowajcy. Zresztą co tu gadać - „afery na Okęciu” też by nie było i Ryszard Kulesza dogadałby się szybko z Młynarczykiem i resztą, gdyby nie moi koledzy po fachu, Jacek Gucwa i Bogdan Chruścicki, którzy akurat znaleźli się z kamerą i mikrofonem na lotnisku i postanowili zabłysnąć „newsem”.
Często zdarza się, że „wpadają” nie najbardziej winni, ale... najspokojniejsi. Piłkarz ŁKS Jan Sobol do dzisiaj ma pretensje do Kuleszy, że uczynił go kozłem ofiarnym po jednym z meczów kadry, chociaż – jak utrzymuje – akurat on był w tym towarzystwie jedynym trzeźwym. „Nie czułem się winny, to nie chowałem się i nie uciekałem, i akurat mnie trener zastał w pokoju pełnym opróżnionych butelek” - opowiadał mi kiedyś. Albo Marek Koniarek. Paru innych wypiło wtedy znacznie więcej szampana niż on, a z kadry nie wylecieli.
Nie znam akurat zwyczajów Beenhakkera, z autopsji jednak wiem, że po meczu symboliczne „dwa-trzy piwa” wychylają nie tylko zawodnicy, ale i kierownictwo ekipy. Zdarzało się więc, że publiczne potępianie alkoholowych wybryków było działaniem typu „łapać złodzieja”, a chociaż teraz trudno bezpodstawnie rzucać takie podejrzenia, nie sposób opędzić się od myśli, że „Boss” rozgrywa tu jakąś własną grę. No i wreszcie biorąc pod uwagę częstotliwość opisywania niechlubnych incydentów w prasie, odnieść można wrażenia, że piłkarze są na tym polu bezkonkurencyjni. A widzieli Państwo pijanego pływaka? Na Okęciu nie było akurat kamer, gdy kadra pływacka wyjeżdżała niedawno na Florydę i jednego z zawodników, olimpijczyka z Pekinu zresztą, trzeba było cofnąć do domu. O pijaństwie wśród szermierzy (od prezesa związku począwszy) mówi się po cichu już od wielu lat.
Przy okazji „afery we Lwowie” zasygnalizowano jeszcze jeden wstydliwy temat: trójka kadrowiczów piła ze znajomymi dziennikarzami. Nie chciałbym bronić sprawozdawców na mecz we Lwowie, ale pewien jestem, że to nie oni byli inicjatorami tej eskapady, a tylko się do niej przyłączyli, co nie oznacza oczywiście, że pochwalam takie ostentacyjne „blatowanie się” z piłkarzami, w czym paru moich kolegów, a zwłaszcza jeden popularny komentator telewizyjny, osiąga niezłe wyniki. A poza tym wszystko jest dla ludzi – piwo, wódka i szampan też. Dla ludzi rozsądnych.
Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 35 • dodano 26-08-2008r. przez darek