strona głównao tygodnikuredakcjaprenumeratakontaktforum

Gwizdali na ruskich

Dziury w całym

Filipiak Wojciech
Pucharowe mecze Legii z FK Moskwa zapamiętamy nie tylko jako kolejną prestiżową porażkę lansowanej ze wszystkich sił drużyny z Warszawy, ale i z awantury, jaka rozpętała się wokół zachowania kibiców, przy czym nie chodziło tu tym razem o bijatyki i demolkę, a o... gwizdy na widowni, które w przypadku meczu piłkarskiego nikogo nie powinny dziwić i gorszyć. Na „ruskich” gwizdano bowiem od niepamiętnych czasów i nawet nie warto przypominać, dlaczego. Tak się stało, że akurat tych sąsiadów nie lubimy szczególnie, ale przez ostatnich kilkanaście lat wiele przyczyn tego – powiedzmy – braku sympatii zniknęło i gwizdów na meczach z udziałem zespołów z Rosji już się w zasadzie nie słyszało. Teraz jednak dała znać o sobie aktualna „polityka historyczna” i intensywna propaganda, która kazała nam stanąć po stronie Gruzji w jej sporze z Rosją. I to się, niestety, przełożyło na zachowanie warszawskich kibiców, ostatnio mocno „oziębłych” w dopingowaniu swojej drużyny. Protestował trener FK Moskwa Oleg Błochin, UEFA musi z całą powagą zająć się tymi gwizdami, bo rosyjski klub złożył formalną skargę, a w rewanżu Rosjanie zafundowali nam cały festiwal szowinizmu i nienawiści, tym trudniejszy do zrozumienia, że niejako oficjalnie usankcjonowany przez moskiewski klub poprzez jego stronę internetową. „Błochin chyba nigdy nie był na meczu” - dziwił się pretensjom Rosjan trener Legii Jan Urban. Z tym gwizdaniem na sportowców rosyjskich władza nigdy nie mogła sobie poradzić. Nikt oczywiście nie odważyłby się w Polsce wygwizdać publicznie żadnego polityka z ZSRR, występy artystyczne gromadziły z natury rzeczy inną publiczność, za to na imprezach sportowych można było sobie poużywać do woli. Najbardziej oczywiście na tych najważniejszych, jak słynny mecz Polski i ZSRR w Chorzowie w 1957 roku, czy przegrany sromotnie warszawski etap Wyścigu Pokoju w 1958 roku, po którym Władysław Gomułka obraził się na naród i opuścił stadion, a ja z własnej pamięci przytoczyć mógłbym jeszcze łódzkie mistrzostwa Europy w koszykówce kobiet w 1960 roku. Koszykarki z Bułgarii nigdy w historii nie miały tylu kibiców co wówczas, chociaż cała widownia w łódzkiej hali nie tyle sprzyjała im, co była przeciwko Rosjankom. Oglądałem ten turniej z pozycji kibica wraz z całą moją szkołą i też bardziej podobała mi się blondynka z warkoczem Rangełowa niż mocno zbudowane Rosjanki, a później od starszych kolegów po fachu dowiedziałem się, że obsługujących turniej dziennikarzy zwołano w pewnym momencie na specjalną naradę, podczas której odpowiedzialny za propagandę przedstawiciel komitetu partyjnego błagał: „Towarzysze redaktorzy, zróbcie coś”, bo rozumiał, że całe jego wysiłki poszły na marne. W 1982 roku, jeszcze w stanie wojennym, Legia grała pucharowy mecz z Dynamem Tbilisi. Organizatorzy przygotowali się do niego starannie, bo choć grali Gruzini, z którymi teraz wspólnie cierpimy, to dla nas byli oni wówczas i tak „ruskimi” i nikt nie miał oczywiście pojęcia, jak radykalnie sytuacja zmieni się po ćwierćwieczu. Na widowni na Łazienkowskiej co trzy rzędy zwykłych kibiców siedział rząd żołnierzy – doping był niemrawy, bo kibicom trudno się było zorganizować, ale i gwizdy słychać było rzadko. Co ciekawe, wówczas o żadnych rewanżach ze strony kibiców w ZSRR się nie słyszało, a najgłośniejszy przypadek z „wałem” pokazanym widzom w Moskwie przez Kozakiewicza wynikał – po pierwsze, z generalnie szowinistycznego nastawienia wobec obcych podczas moskiewskich igrzysk, a po drugie – został chyba przesadnie przez nas zinterpretowany, bo widzowie nie gwizdali wówczas na Polaka, a generalnie na obcego, który rywalizował z ich faworytami. Przez długie lata w ZSRR traktowano Polskę protekcjonalnie jako „młodszą siostrę starszego brata”, a ponadto – powiedzmy to sobie szczerze – zbyt wielu odważnych do otwartego wyrażania protestów tam nie było. Pamiętam atmosferę sportowych „pociągów przyjaźni” i „spartakiadę drużby” w zaprzyjaźnionym z Łodzią Iwanowie: u nas te kontakty przyjmowano co najwyżej obojętnie, tam było to wielkie sportowe święto całego miasta – najwidoczniej tamtejsze wydziały propagandy były skuteczniejsze. Teraz za to jest demokracja i wolność słowa: można krytykować nawet Polskę i Polaków. Paradoksem ostatnich incydentów warszawsko-moskiewskich jest to, że rosyjska drużyna z Polakiem, Brazylijczykami i Hiszpanami w składzie oraz z trenerem z Ukrainy cierpi w dużym stopniu za winy... Gruzinów. Nie tych, co najechali Osetię i ucierpieli potem od kontrataku Rosjan – wszak dwie najbardziej ponure postacie komunistycznej władzy w ZSRR, które wywarły największy wpływ na to, co tam się działo i na stosunki z sąsiadami, to Stalin i Beria. Obaj pochodzili właśnie z Gruzji. Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 36 • dodano 03-09-2008r. przez darek
© 2007 Tygodnik Kibica Wszystkie prawa zastrzeżone.
Liczba odwiedzin:915325