Zapomniany mistrz

Dziury w całym
Filipiak WojciechJego koledzy z drużyny, często z mniejszymi osiągnięciami, jeszcze długo po zakończeniu kariery sportowej kąpali się w dawnej sławie. Zmarły kilka miesięcy temu Leszek Jezierski na przykład był gwiazdą mediów, a późniejsza popularność znacznie przewyższyła jego rzeczywiste osiągnięcia zawodnicze i trenerskie. Robert Grzywocz z kolei grał w Łodzi wszystkiego trzy sezony, zanim stan zdrowia zmusił go do nagłego przerwania kariery. Pochodził ze Śląska, ale został autentycznym „włókniarzem”, nie tyle z racji gry w klubie z tego zrzeszenia, co z powodu wykonywanego później zawodu, w którym doszedł do funkcji majstra w znanych zakładach włókienniczych imienia Marchlewskiego, dzisiaj zamienionych na popularną nie tylko w Łodzi „Manufakturę”, kompleks handlowo-rozrywkowy. W Łodzi się osiedlił, pracował też jako trener zespołów młodzieżowych w ŁKS, do dziś regularnie chodzi na ligowe mecze, jest więc też nawet wśród młodych kibiców postacią znaną i popularną. Takim samym „dyżurnym” ełkaesiakiem, fetowanym z okazji każdego jubileuszu mistrzowskiego zespołu w roku 1958, jest Jerzy Wieteski, wówczas ledwie rezerwowy. Stanisław Baran ma trwałe miejsce w historii polskiego piłkarstwa jako zawodnik z ostatniej przedwojennej jedenastki narodowej, który grał w niej i po wojnie, Henryka Szczepańskiego z kolei wspomina się często ze względu na jego olimpijski start.
Henryk Szymborski zniknął z łódzkiego horyzontu już pięć lat po triumfie z 1958 roku. Wyjechał gdzieś do Kudowy, gdzie bawił się w piłkę w tamtejszym Włókniarzu, nie został słynnym trenerem, nie dorobił się na piłce majątku, a i w życiu rodzinnym za bardzo mu się nie wiodło. Wrócił na rodzinny Śląsk, do Małej Dąbrówki, z której się wywodził i z której ruszył w szeroki na owe czasy świat – do Warszawy i do Łodzi. W Łodzi pamiętali go już tylko najstarsi kibice i ci nieliczni w klubie, co starają się strzec klubowej tradycji i wiedzą, że ŁKS istniał wcześniej niż Ptak i Goszczyński pojawili się w ogóle na świecie. Na Śląsku był postacią anonimową, bo przecież nigdy nie grał w żadnym słynnym klubie z tego regionu, chociaż występował przecież w reprezentacji Polski.
Rok temu, gdy fetowano w Łodzi wszystkich zdobywców hat tricków w ligowych meczach ŁKS, pamiątkowy melonik przygotowany był i dla niego. Ucieszył się z zaproszenia, ale stwierdził, że nie da już rady przyjechać. Podczas jednego z późniejszych wyjazdów ŁKS na Śląsk odwiedziła go w domu delegacja łódzkich dziennikarzy, zawożąc mu ów melonik i puchar od prezydenta miasta. Był szczęśliwy, że go jeszcze w Łodzi pamiętają, bo jest to przecież miasto jego największych sportowych triumfów. Przykro było tylko patrzeć, jak żyje teraz samotnie w biedzie, w starym domu bez wygód, w niedogrzanym mieszkaniu, w którym przyjął gości w chroniącej go przed zimnem kufajce. Chciał poczęstować ich kapuśniakiem, który sobie właśnie ugotował.
Łódź nie zawsze o nim pamiętała, ale on pamiętał o Łodzi. Miałem okazję rozmawiać z nim tylko raz, gdy kilka lat temu przy jakiejś innej uroczystej okazji odwiedził Łódź i stadion ŁKS. Gdy przedstawiłem się i powiedziałem, że jestem dziennikarzem, który w dzieciństwie oglądał jego grę, zaskoczył mnie słowami: „No przecież doskonale cię pamiętam. Czy twój ojciec jeszcze żyje?”.
To było niesamowite uczucie. Tak, ponad 50 lat temu przychodziłem często z tatą na treningi ŁKS. Zawodnicy byli z najwierniejszymi kibicami w doskonałej komitywie i mam przed oczyma obraz „pana Szymborskiego”, jak go z szacunkiem wówczas nazywałem, witającego się po treningu ze swoimi znajomymi. Był człowiekiem, nazwijmy to, towarzyskim i pewnie przy okazji takich spotkań „pękła” niejedna „ćwiartka”, czego wówczas nie byłem świadom, bo do rozmów dorosłych nie byłem już dopuszczany, a i sam zresztą wolałem biegać z rówieśnikami po stadionie. Trudno się zatem dziwić, że wiadomość o jego śmierci w przedostatnim dniu sierpnia bardzo mnie wzruszyła.
Nie wszyscy mistrzowie umierają w sławie. Niech hołdem dla tych zapomnianych będzie powyższe prywatne wspomnienie, a także transparent, jedyny, jaki kibice ŁKS powiesili tym razem na ogrodzeniu boiska podczas pucharowego meczu z Jagiellonią: „Rycerz wiosny – ŚP Henryk Szymborski, 18.01.1931-30.08.2008. Będziemy pamiętać!”.
Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 37 • dodano 10-09-2008r. przez darek