strona głównao tygodnikuredakcjaprenumeratakontaktforum

Trenerzy z nazwiskiem

Dziury w całym

Filipiak Wojciech
Paweł Janas, Stefan Majewski, Henryk Kasperczak – to (nie licząc Franciszka Smudy) najbardziej znani szkoleniowcy pracujący obecnie w klubach naszej ekstraklasy. Każdy z nich zajmuje się pracą szkoleniową od lat, cała trójka doskonale zna warunki szkoleniowe i w Polsce, i za granicą, wszystkich wiązano też z pracą z kadrą narodową, a Janas ma nawet posadę selekcjonera reprezentacji już zapisaną w życiorysie. Są świadomi swoich umiejętności i pozycji w piłkarskim świecie (wszak o Kasperczaku mówiono nawet w kontekście wyborów prezesa PZPN), i dlatego muszą zdawać sobie doskonale sprawę, że uzyskiwane przez nich wyniki to nie tylko efekt owych umiejętności, autorytetu i własnego szkoleniowego warsztatu. Pracy Kasperczaka w Górniku nie sposób jeszcze ocenić, bo od jego powrotu do Zabrza minęło dopiero kilka dni. Podobno z okien jego rodzinnego domu widać słupy oświetleniowe na stadionie Górnika, ale akurat w Górniku Kasperczak nigdy nie grał, bo jako junior biegał po boisku Stali, a potem „po linii zrzeszeniowej” znalazł się w Mielcu, wówczas czołowym polskim klubie. Kasperczak dopiero teraz został więc „górnikiem”, bo tej pory w polskim futbolu był tylko „hutnikiem”. Naiwnością byłoby sądzić, że samo jego pojawienie się na trenerskiej ławce odmieni drużynę z Zabrza, ale... nie ulega wątpliwości, że wielu kibiców Górnika właśnie na to liczyło, a i w niektórych zapowiedziach prasowych dało się odczytać ton nadziei. Zresztą sam trener nie rozwiewał złudzeń, bo przecież mogło się zdarzyć, że Górnik wygrałby mecz ze Śląskiem i wtedy przynajmniej przez najbliższy tydzień można by było chodzić w glorii sławy. Po porażce z pokorą mówił o ogromie pracy, jaka czeka i jego samego, i jego nową drużynę, niepotrzebnie chyba tylko dał się sprowokować do oceny pracy poprzednika, zapominając na chwilę, że sam kiedyś też z Górnika odejdzie i na pewno by nie chciał, żeby jego następca rozpoczął od podważania jego pracy. Paweł Janas zginął w ostatnich sezonach z „pierwszej linii” ligowego frontu, dekując się to w kadrze, to na posadzie dyrektora w kieleckiej Koronie, gdzie oczywiście niczego nie wiedział w wiadomej sprawie. Jego zaangażowanie przez GKS Bełchatów było próbą pokazania się bełchatowian w „grze bez piłki”, jaką jest cała ta pozaboiskowa polityka. „Widzicie, chociaż nie sprowadziliśmy żadnego zawodnika o znanym nazwisku, to angażując Janasa, demonstrujemy, że chcemy się nadal w lidze liczyć” - takie stwierdzenia można było wyczytać między wierszami wypowiedzi prezesów klubu. Jak na razie efekt jego pracy jest żaden, a sobotnie zwycięstwo nad Lechią Gdańsk uratowało mu wręcz posadę, bo w klubie zaczęło się już gotować. Mariusz Kuras, gdy zwalniano go z pracy w GKS trzy lata temu, miał na takim samym etapie rozgrywek jeden punkt więcej. Stefan Majewski, pracujący w Cracovii już trzeci sezon, też może nie doczekać przypadającej na początku października drugiej rocznicy zaangażowania go przez prezesa Janusza Filipiaka. Ma w klubie wszystko – poparcie prezesa, swobodę w prowadzeniu polityki kadrowej, stabilny budżet. Tak, wiem, że wywalczył dla klubu najlepsze miejsce od półwiecza, kończąc sezon 2006/7 na czwartej pozycji w ekstraklasie, ale teraz głośno o nim w zasadzie tylko ze względu na konflikty z zawodnikami i z dziennikarzami, a jego słynny laptop stał się przedmiotem niewybrednych i niezasłużonych kpin. On chyba najbardziej z wymienionej trójki uwierzył w swoją charyzmę, zapominając o starej piłkarskiej prawdzie: trener jest tak dobry, jak ostatni mecz swojej drużyny. Cracovia, przypomnę, ostatni mecz przegrała 0:3 przed własną widownią, a trzecią bramkę strzelił Piotr Giza, któremu pewnie było z tego powodu trochę głupio, bo na pewno nie chciał się aż w tak prostacki sposób mścić na swoim byłym trenerze, który nie widział dla niego miejsca w zespole. Z przytoczonych przykładów można wyciągnąć na przykład taki wniosek: trenerska renoma to w dużym stopniu „fakt medialny”, efekt prostego powiązania wyników osiąganych w pewnym momencie przez klub z nazwiskiem prowadzącego wówczas daną drużynę szkoleniowca. Klasycznym przykładem jest Franciszek Smuda, na początku lat dziewięćdziesiątych człowiek z czystą kartą w polskim futbolu, któremu w Widzewie powierzono tak silny zespół, że – jak napisał jeden z moich kolegów, o co Smuda ma pewnie pretensje do dziś – nawet klubowy magazynier doprowadziłby go do mistrzostwa Polski. Akurat Smuda wymyka się jednak z tego szablonu, który usiłowałem nałożyć na nazwiska Kasperczaka, Janasa i Majewskiego. Może dlatego, że ma w sobie bardzo dużo pokory, a futbolu uczył się nie z książek, a poprzez własne życiowe doświadczenia. Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 39 • dodano 24-09-2008r. przez darek
© 2007 Tygodnik Kibica Wszystkie prawa zastrzeżone.
Liczba odwiedzin:915325