DEJA VU

Krótkie krycie
Mikus Dariusz JanOgladając mecze pucharowe Lecha i Wisły, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że telewizja robi mnie w konia. Elektronicznie ubrali chłopaków z pierwszego meczu w inne majtki i puszczają gawiedzi ten sam mecz w innej oprawie graficznej...
Bo też i mecze były zaiste identyczne. Najpierw nieśmiałość i podchodzenie do przeciwnika niczym pies do jeża. Potem strata gola i błyskawiczny rewanż! A gdy wszystko już wydawało się poukładane do końca gry, to przeciwnicy ostudzili zapał poznaniaków i krakusów drugim trafieniem.
Wyniki naszych pucharowych reprezentantów wcale nie są najgorsze, bo w kontekście rewanżu na własnym boisku pozwalają realnie myśleć o awansie. Jednak zamiast czajenia się na własnej połowie w oczekiwaniu na ewentualny kontratak, miałem nadzieję zobaczyć w akcji pitbula polskiej piłki. Niestety, zwierzę miast agresywności skupiło się na ochronie własnego odwłoka, a do ataku ruszyło tylko wtedy, gdy celny cios wybił mu z paszczy sztuczną szczękę...
Ale to nie jedyny wypadek deja vu w mijającym tygodniu. Szkoci mają w swojej lidze Boruca, a my - Cabaja. Nie jest przypadkiem, że Artur B. jest stawiany naszym golkiperom za wzór - teraz wiadomo, że ci ostatni stanowczo zbyt dosłownie biorą to do siebie.
Koszmarne błędy, jakie popełnił w meczu derbowym Boruc, zostały w ostatniej kolejce skopiowane przez Cabaja. Wstawiony do bramki po totalnym klopsie w końcówce poprzedniego spotkania (strata piłki przy wybiciu skutkująca utratą gola) nie potrafił skutecznie się pozbierać i w fatalny sposób dopomógł Rogerowi w zdobyciu gola. Do tego jeszcze Cabaj - dokładnie jak Boruc - puścił strzał z niemal 30 metrów - co ułatwił mu doskonałym uderzeniem jego niedawny kolega klubowy, Giza.
Ale wracając do fatalnych kiksów z wypuszczaniem piłki - Boruc czy Cabaj - to bramkarz musi chwycić zmierzającą do jego rąk piłkę!! I nie ma na to żadnego usprawiedliwienia.
Tak samo nie bardzo rozumiem dlaczego po ostatnich wpadkach Boruca - tych boiskowych i pozaboiskowych - tak często padają słowa o kłopotach rodzinnych zawodnika. To piękne literacko teksty, ale na dobrą sprawę nie mają nic wspólnego z zawodowstwem, czyli profesją, za którą bramkarz pobiera szmal.
Spójrzmy na problem inaczej. Czy kogokolwiek przy kasie supermarketu będzie interesował fakt, że kasjerka pomyliła się na jego niekorzyść, bo wczoraj wieczorem pokłóciła się z mężem? Albo czy fakt, że nauczyciel przychodzi do pracy pijany, może być zaaprobowany i skutecznie wytłumaczony spodziewanym rozwodem z małżonką?
Odpowiedzi są raczej zbyteczne...
Tak samo zbyteczna wydaje mi się podróż na Wyspy, gdzie trener kadry miał rozmawiać z Borucem na temat jego reprezentacyjnej przyszłości. Po pierwsze, to Boruc sam powinien zjawić się w kraju i to jemu powinno bardzo zależeć na wyjaśnieniu sprawy i grze dla reprezentacji. Dlaczego wóz pojechał do kozy - nie wiem...
Wiem natomiast, że najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest teraz gra na wyczekanie emocji tłumu przy jednoczesnym głaskaniu niegrzecznego Arturka. Potem znowu się okaże, iż jest on mężem opatrznościowym naszej reprezentacji i wszystko zostanie mu wybaczone na zasadzie zapomnienia.
Ten scenariusz już kilka razy przerobiliśmy na poziomie różnych lig. I czy to też nie jest w naszej piłce deja vu...?
Dariusz Jan Mikus
Tygodnik Kibica nr 39 • dodano 24-09-2008r. przez darek