Dmuchanie w balon

Dziury w całym
Filipiak WojciechPodjęta niedawno decyzja o zwiększeniu do 24 liczby finalistów piłkarskich mistrzostw Europy od 2016 roku może okazać się zgubna dla futbolu. Oznacza to, że prawie połowa członków UEFA zagra w finałach. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zaproponuje przecież, by w finałach mistrzostw świata grało 100 drużyn, a tyle musiałoby startować, gdyby podobną strategię przyjęła FIFA.
Światowa federacja też już zresztą powiększyła dwukrotnie liczbę finalistów (z 16 do 32), wietrząc w tym niezły zysk, ale są przecież jakieś rozsądne granice. UEFA je niebezpiecznie przekracza, co widać chociażby po coraz bardziej rozbudowywanych rozgrywkach klubowych. Jeszcze udaje się wmawiać kibicom, że awans drużyny klubowej do Ligi Mistrzów bądź reprezentacyjnej do finałów EURO lub mistrzostw świata to wielki sukces, ale są przecież tacy, co pamiętają, że polskie zespoły były w czołówce, gdy ta była znacznie mniej liczna. Przecież „Orły Górskiego” były w szesnastce najlepszych zespołów świata w 1972 roku, podobnie jak drużyna Jacka Gmocha cztery lata później. Ekipy Antoniego Piechniczka w mistrzostwach 1982 i 1986 roku rywalizowały już wśród 24 finalistów.
Obecny system rozgrywek finałów mistrzostw Europy (16 drużyn w czterech grupach) obowiązuje od 1996 roku. Już wtedy słychać było głosy, że to za dużo, bo wszyscy przywykli do najlepszej „ósemki”. Mówiono wówczas (i ten argument podnosi się i dzisiaj), że trzeba dać szansę „nowym” krajom, jakie pojawiły się w Europie po rozpadzie ZSRR, Jugosławii i Czechosłowacji, co było w pewnym stopniu uzasadnione, bo dzięki powiększeniu puli w finałach mogli zagrać na swój własny rachunek Słoweńcy, Ukraińcy, Chorwaci i Łotysze, którzy wcześniej walczyć musieli o miejsca w reprezentacjach swoich „imperiów”. Przede wszystkim decydował jednak czynnik komercyjny: więcej meczów to więcej sprzedanych biletów, więcej transmisji telewizyjnych i więcej reklam, a także większe wpływy od sponsorów.
Obawiam się, że nadejdzie jednak moment, gdy finansujące te przedsięwzięcia światowe koncerny zauważą postępujące „rozmydlanie” rywalizacji sportowej, a uwiadomią im to widzowie, których coraz trudniej będzie zwabić na stadiony i do telewizorów. Przecież w Polsce mało kto daje nabrać się na nazywanie rozgrywek „ekstraklasą” i „pierwszą ligą”, bo wszyscy zdają sobie sprawę, że ta pierwsza liga jest w istocie drugą.
Kto mógłby jeszcze wzbogacić poziomem gry finały europejskiego czempionatu? Faktem jest, że czołówka ostatnio mocno się poszerzyła i w Szwajcarii i w Austrii zabrakło miejsca dla tak silnych piłkarsko krajów, jak choćby Anglia, Holandia i Ukraina. Duży piłkarski potencjał mają Belgia, Dania, Irlandia i Szkocja, o powrocie do czołówki marzą Węgrzy, Norwegowie i Bułgarzy, szansę zaistnienia wśród najlepszych dostanie Finlandia, Izrael i Białoruś. To wszystko pięknie, ale wraz z rozbudowaniem i wydłużeniem turnieju finałowego mocno stracą na atrakcyjności rozgrywki eliminacyjne, bo skoro wszyscy najsilniejsi i tak znajdą się wśród finalistów, trudno liczyć na emocje w meczach Mołdawii, San Marino, Macedonii czy Cypru z jeszcze bardziej niż obecnie niezagrożonymi potentatami.
Sytuacja w rozgrywkach klubowych jest zresztą podobna. Marząc o Lidze Mistrzów czy o fazie grupowej Pucharu UEFA, który wkrótce nazywać się ma Ligą Europejską, zapominamy podświadomie, że Widzew i Legia grały w Lidze Mistrzów składającej się z szesnastu zespołów! Awans Legii do „ósemki”, nie mówiąc o wcześniejszych półfinałach Widzewa, to dzisiaj coś wręcz nieosiągalnego, zaś to, na co bezskutecznie od 12 lat czekamy, to tylko znacznie mniej wartościowy „erzac”.
Chociaż z obliczeń organizatorów wynika, że będzie bogaciej i zyski wzrosną, kibic wolałby pewnie jasność – finał to finał, grają w nim najlepsi, a sam awans jest sukcesem i nagrodą, a nie zagwarantowanym regulaminem przywilejem.
Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 40 • dodano 01-10-2008r. przez darek