strona głównao tygodnikuredakcjaprenumeratakontaktforum

Political fiction

Dziury w całym

Filipiak Wojciech
Nigdy nie próbowałem pisać książek ani scenariuszy filmowych, ale kiedyś trzeba spróbować – to, co dzieje się wokół Polskiego Związku Piłki Nożnej, nadaje się na dzieło z gatunku „political fiction”, czyli chętnie czytanych historii o tym, „co by było, gdyby”. Trudno doszukać się w obecnych działaniach rządu logiki, chyba że jest to logika politycznego marketingu. Nie wyszło ze stoczniami, KRUS jest nie do ruszenia, w szkolnictwie i służbie zdrowia niezmienny bałagan, z przygotowaniami do Euro-2012 kiepsko, bo półtora roku po decyzji przyznającej Polsce organizację tej imprezy nie wykopano jeszcze nawet dziury w ziemi pod żaden stadion. Trzeba więc było szybko znaleźć tematy zastępcze: kastrację pedofilów i PZPN, bo w obu tych sprawach za aprobatą gawiedzi można sobie używać do woli. To nic, że w efekcie i na tym polu przyjdą porażki – póki co mówi się przede wszystkim o tym, a nie o problemach naprawdę istotnych. Ta „political fiction” nie zapowiada się zresztą optymistycznie, nawet gdyby plan doradców premiera Tuska (on sam, sądząc po niektórych wypowiedziach, nie miał pewnie czasu osobiście wgłębić się w problem) został zrealizowany. Zastanawia sam moment decyzji o wprowadzeniu kuratora do związku: gdy choroba została zdiagnozowana i lekarstwo zaordynowane (przede wszystkim chodziło przecież o nowe wybory, które definitywnie i bez Listkiewicza mają odbyć się 30 października), wpadł nagle jakiś szalony sanitariusz nie tyle z lancetem, którym można przeprowadzić precyzyjną chirurgiczną operację, co wręcz z siekierą, przy pomocy której chce dokonać amputacji. Kręcina i Lato byli w wyborach nie do zaakceptowania jako reprezentanci „starego układu”, Jagodzińskiego nikt nie traktuje poważnie (chociaż przypomnieć warto, że wygrał on kiedyś wybory do senatu jako kandydat niezależny, bez poparcia żadnej partii), Boniek z kolei nie ma poparcia delegatów, chociaż to właśnie on jest kandydatem najmilej widzianym przez rządzących w Polsce, i chociaż obaj publicznie temu zaprzeczają, minister Drzewiecki popiera właśnie jego. Skoro nie miał szans być wybranym w uczciwych wyborach, to trzeba dokonać puczu. Aż skóra cierpnie na myśl, że coś takiego mogło przyjść do głowy komuś w partii szczycącej się swoim liberalizmem. Program wyborczy Bońka też nie wróży dobrze. Związkiem mają kierować – według niego – dobrze opłacani menedżerowie. I Boniek, i wszyscy, co mu przytakują, sprawiają wrażenie, jakby nie wiedzieli, że PZPN to nie tylko pierwsza reprezentacja i wielkie pieniądze ze sprzedaży praw telewizyjnych. Menedżer nie zajmie się przecież szkoleniem młodzieży w Suwałkach i organizowaniem rozgrywek o Puchar Polski w podokręgu Wadowice – to z definicji musi robić „beton” i inne „leśne dziadki”, które zbierają się wieczorem przy herbacie i paluszkach, a czasem przy składkowej „połówce”. To w nich bije decyzja o zawieszeniu władz związku, bo logicznym następnym krokiem powinno być w tej sytuacji zawieszenie okręgowych związków i wybranie innych, dyspozycyjnych delegatów na zjazd. Jeżeli faktycznie autorzy tego swoistego „stanu wojennego” (przepraszam za zbyt łatwe porównanie, ale pisząc ten tekst, jednym uchem słucham wypowiedzi generała Jaruzelskiego przed sądem), to jeszcze pół biedy. Obawiam się jednak, że takiego planu nie ma, o czym świadczy fakt, że kurator przez miniony tydzień zajmował się głównie, czytując rzecznika związku Zbigniewa Koźmińskiego, „przydzielaniem miejsc w akademiku i przyznawaniem stypendiów” studentom uniwersytetu w Poznaniu, nie podejmując jednocześnie żadnej merytorycznej decyzji dotyczącej działalności w związku. Ba, nie dowiedzieliśmy się nawet, jakich to zbrodni dopuścił się ostatnio PZPN, poza tym, że zarząd składa się obecnie z 35 osób zamiast z 38 i że nie ma wydziału futbolu plażowego. Jeżeli zarzuca się związkowi bałagan prawny, to co powiedzieć o samym trybunale, którego prominentni członkowie twierdzą teraz, że kurator zarządu zawiesić nie miał prawa, a niedawno ośmieszyli się sprzecznymi werdyktami w sprawach korupcyjnych? „Mam dość oglądania ciągłych porażek” - ogłosił premier akurat dzień po tym, jak Lech awansował w Pucharze UEFA. „Nie chcę chuligaństwa na stadionach” - wołał pod adresem Listkiewicza i jego wspólników (słowa o „związku zbrojnym” tym razem na szczęście nie padły), chociaż akurat w tej sprawie powinien sam przeczołgać po dywanie w swoim gabinecie ministrów sprawiedliwości i spraw wewnętrznych, a nie wyręczać się ministrem sportu. Atakowany ze wszystkich stron PZPN zbyt łatwo dał się ustawić w narożniku, bo prawdę mówiąc, zbyt wielu atutów w swojej obronie nie miał. Ale przy całym narzekaniu na bałagan przy wydawaniu licencji to właśnie związek doprowadził na przykład do tego, że radykalnie poprawiła się jakość polskich stadionów ligowych, wymuszając pewne działania pod groźbą podjęcia radykalnych kroków. Wiele klubów ligowych egzystuje tylko dzięki temu, że wpływają na ich konta spore kwoty z racji praw telewizyjnych. A że zarobili przy tym akurat nie ci, co trzeba? Może to właśnie o to chodzi? Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 41 • dodano 08-10-2008r. przez darek
© 2007 Tygodnik Kibica Wszystkie prawa zastrzeżone.
Liczba odwiedzin:915325