Wracają komitety

Dziury w całym
Filipiak WojciechPrzykład jest lokalny, dotyczy wprawdzie drugiego do niedawna, a teraz trzeciego, bo wyprzedzonego właśnie przez Kraków, miasta w Polsce, ale zjawisko niżej opisane zachodzi, jak mniemam, nie tylko w Łodzi. Upadają kluby sportowe, a ich majątek, gromadzony często przez dziesięciolecia, przejmuje „superklub” o zgrzytającej w uchu nazwie MOSiR, żarłoczny potwór, który powołany został do całkiem innych celów, ale zdegenerował się i pożera bezbronne wobec niego owieczki. MOSiR zaczyna przypominać dawne miejskie i wojewódzkie komitety kultury fizycznej, które chciały wszystko kontrolować i nadzorować. Powołany po to, by kierować ośrodkami wypoczynku świątecznego i obiektami rekreacyjnymi, stał się potężnym „graczem” na rynku obiektów sportowych, dysponując w Łodzi dwiema halami (starą, na 8 tysięcy widzów) i będącą na ukończeniu nową, która będzie mogła pomieścić ponad 10 tysięcy osób, stadionem piłkarskim na 40 tysięcy miejsc (z których do wykorzystania jest obecnie jedna czwarta), dwiema mniejszymi halami do gier sportowych i kilkoma boiskami piłkarskimi przejętymi po nieistniejących już klubach, które padły z braku sponsorów i pomysłu na działalność w nowych warunkach.
Wydawać by się mogło, że taki potężny holding to skarb dla sportu w mieście, bo z pięknie utrzymanych, zadbanych obiektów korzystać mogą kluby, organizując w nich rozgrywki ligowe oraz treningi dla młodzieży. Taka była teoria i tak miało być, ale okazało się, że miejska instytucja, finansowana z budżetu, okradłszy uprzednio kluby z własnych obiektów (o tym za chwilę), traktuje wszystkich klientów na zasadach komercyjnych, mając na względzie nie dobro sportu, a przede wszystkim własny zysk.
Tak, mam na myśli Łódzki Klub Sportowy i przeżywającą od lat te same kłopoty organizacyjne spółkę piłkarską. Przejęcie stadionu przez miasto miało być poważną ulgą w finansowaniu zespołu w sytuacji, gdy żadne „łapanki” na potencjalnych inwestorów nie dają rezultatu. Mówiło się głośno o profesjonalizmie w zarządzaniu obiektem, o dbałości o majątek, którego przedtem, przyznajmy, nie było. Skończyło się na paru drobnych naprawach, pomalowaniu sztachet w płocie i na... przywieszeniu tabliczek z szyldem nowego właściciela na kilku pokojach, bo nie trzeba dodawać, że natychmiast przybyło urzędników administrujących obiektem.
Wraz z postępującym upadkiem łódzkiego sportu i brakiem zainteresowania władz tą dziedziną życia lawinowo rośnie liczba urzędników od tych spraw w samym magistracie i w opisywanym MOSiR-ze. Ich kompetencje są żenujące, w sam raz być może jak dla kogoś, kto zajmował się do tej pory wypożyczaniem kajaków na zalewie, ale niewystarczające do kierowania nowoczesnym przedsiębiorstwem, za jakie firma w swoim mniemaniu uchodzi.
Najgorsze jednak jest to, że brak w tych wszystkich posunięciach sportowego ducha, a zarówno dyrektora wydziału sportu, jak i dyrektora MOSiR trudno było o to podejrzewać, bo obaj to w przeszłości wyczynowi sportowcy. Dowiadujemy się teraz na przykład od magistrackich urzędników, że porażka Łodzi w staraniach o przyznanie EURO 2012 ma swoje dobre strony, bo taki turniej to przecież same kłopoty i zagrożenia. Przy modernizacji stadionu piłkarskiego zburzona musi zostać używana przez koszykarzy, koszykarki i siatkarki stara hala „pod trybuną”. Jeszcze zanim wpłynęły oficjalne zapytania o warunki korzystania z hal „mosirowskich”, dyrektor oświadczył, że o żadnej siatkówce i koszykówce w jego obiektach mowy być nie może, bo on ma już zaplanowane targi i kiermasze na dwa lata naprzód. Nikt nie ma też pomysłu na to, gdzie będzie grał ligowy ŁKS, gdy na stadion wjadą buldożery, co ma nastąpić (choć mało kto już w to wierzy, skoro nawet nie ogłoszono jeszcze stosownych przetargów) wiosną przyszłego roku. Najbardziej odważni mówią, że na Widzewie, co jest rozwiązaniem dość ryzykownym, oględnie mówiąc.
Szkolenie w ŁKS, z którym klub radził sobie do tej pory znakomicie, zostało kompletnie zdezorganizowane przez budowę hali. Klub oddał swoje tereny z boiskami treningowymi, mając zapewnienie na piśmie, że dostanie do użytkowania tereny zastępcze. Dostał, owszem, jedno boisko ze sztuczną nawierzchnią, na której trenują (odpłatnie!) cztery grupy młodzieżowe jednocześnie oraz prawo do korzystania z drugiego boiska (oddalonego od stadionu), które jednak dyrektor MOSiR zamyka, gdy tylko nie pojawi się w terminie na jego koncie stosowna wpłata. Urząd Miasta twierdzi, że umowa jest nieważna, bo podpisała ją osoba niemająca odpowiednich uprawnień do takiego dysponowania majątkiem. Kpina w żywe oczy! Całkiem możliwe, że o losie Łódzkiego Klubu Sportowego rozstrzygał będzie sędzia, ale nie ten na boisku, a w sądzie, który rozstrzygnie, gdzie tu doszło do „przekrętu” i kto na tym zyskał. Na razie wiadomo tylko, kto stracił i może stracić jeszcze więcej.
Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 42 • dodano 15-10-2008r. przez darek