35 lat legendy

Dziury w całym
Filipiak WojciechTen rytuał powtarza się co pięć lat: w połowie października przypominamy sobie o kolejnej okrągłej rocznicy meczu z Anglią na Wembley, zakończonego „zwycięskim remisem” 1:1. Telewizja znów powtarza relację z tego spotkania, obowiązkowo gościem w studio jest Jan Tomaszewski, który od dawna nie jest w stanie przypomnieć sobie ani wymyślić niczego nowego, bo wszystko już zostało powiedziane i napisane. Polscy dziennikarze jadą do Anglii, by spotkać się z uczestnikami tego meczu, a do Polski ściągają angielscy reporterzy, by porozmawiać z Tomaszewskim (sam pośredniczyłem wywiadzie z nim dla „Daily Telegraph” przed pięciu laty), Domarskim czy Latą. Dla nas mecz ten jest powodem do dumy, dla Anglików – tkwiącą głęboko zadrą.
W miniony piątek usiadłem więc wygodnie przed telewizorem, by raz jeszcze, bez większych emocji, bo nie musiałem się przecież obawiać, że Anglicy strzelą nam jednak gola w końcówce, obejrzeć spotkanie z 17 października 1973 roku. Wtedy nerwy odbierały nam ostrość spojrzenia i wydawało się, że nasi grają wspaniale, dzisiaj widać, że bilans pozycji strzeleckich obu drużyn w tym meczu wynosił 22-4 na korzyść Anglików oczywiście. Kilka strzałów Tomaszewski obronił w wielkim stylu, ale w większości przypadków to Anglicy partaczyli w sposób niemiłosierny. Jeżeli pisze się teraz, że ten zespół miał wówczas szansę na tytuł mistrzów świata, to spotkanie z Polską należy wyłączyć z tych ocen. Brak wręcz słów na opisanie ambicji i ofiarności polskich obrońców, nie da się jednak nie zauważyć, jak wolno, bez dynamiki i przyspieszenia, grają Anglicy. Tylko Emlyn Hughes, obrońca w charakterystycznej dla siebie roli skrzydłowego, próbował „rozkręcić” grę swojej drużyny, reszta zaś zdradzała wyraźne symptomy „przemotywowania”: nerwowość, brak koncentracji, nieumiejętność właściwej oceny sytuacji.
Po takim meczu można było też mieć wątpliwości, czy gra fair to aby na pewno angielska cecha charakteru. Już przed meczem nasz zespół spotkał się z niespotykanymi objawami szowinizmu nie tylko wśród zwykłych kibiców (tych akurat można usprawiedliwić), ale prasy i samych organizatorów spotkania. Problemy z udostępnieniem boiska na trening, podburzające widzów wyzwiska w gazetach nie wystawiają dobrego świadectwa inteligencji i dobremu wychowaniu Anglików. Nie inaczej było na boisku – przecież Tomaszewski nie przez przypadek został dwa razy kopnięty przez atakującego go rywala, a nie do pomyślenia dzisiaj jest scena, w której angielski piłkarze ze wściekłością w oczach mija z piłką leżącego na ziemi i zwijającego się z bólu Domarskiego. O faulu McFarlanda nie wspomnę – nie było wówczas w przepisach mowy o czerwonej kartce za coś takiego, bo nikomu nie przyszło do głowy, że ograny obrońca może w ten sposób zatrzymać rywala, mającego przed sobą tylko bramkarza. Groteskowo wręcz wygląda na tym tle obrazek z pierwszej połowy, gdy Bulzacki po faulu kilkakrotnie kłania się, przepraszając rywala i sędziego.
Warto zauważyć, że Polacy wcale nie grali w tym spotkaniu „na czas”, do czego mieli przecież pełne prawo. Sędzia przedłużył pierwszą połowę o minutę, drugą zaledwie o dwie – dziś grano by pewnie co najmniej pięć minut dłużej. Nie było prymitywnego wykopywania czy przetrzymywania piłki albo symulowania kontuzji, a dopiero Smolarek parę lat później wpadł na pomysł, by w ostatnich minutach meczu chować się z piłką koło narożnej chorągiewki. Największym atutem naszej drużyny było opanowanie nerwowe – nikt nie panikował, a kilka „siatek”, jakie Deyna założył rywalom, mogło ich istotnie rozwścieczyć. Belgijski sędzia Vital Loraux prowadził mecz dyskretnie, nie wysuwał się na pierwszy plan i nie popełnił ani jednego błędu.
Z zaskoczeniem przyjmuje się też dzisiaj komentarz Jana Ciszewskiego, uważanego za mistrza tworzenia nastroju i podsycania emocji. Komentarz z tego meczu jest bardzo stonowany, wręcz ascetyczny jak na niego – zupełnie tak, jakby i Ciszewski był na przedmeczowej odprawie i wysłuchał rad Kazimierza Górskiego. Niezwykle oszczędny jest też telewizyjny przekaz obrazu. Ręcznie przesuwany zegar wręcz wzrusza, a przez cały mecz nie było ani jednej „przebitki” na trenerów czy widzów, którymi popisują się dzisiaj kamerzyści i realizatorzy. Nie widzimy więc, jak Kazimierz Górski, podciągając opadające spodnie od dresu, wstaje kilka minut przed końcem z ławki i idzie w kierunku szatni (tę scenę utrwalił na nasz użytek osobny, polski kamerzysta), ale nie tracimy przez to ani sekundy z samej gry i żaden fragment akcji nam nie umyka, co dzisiaj zdarza się nagminnie.
Jakże sympatycznie i przytulnie wręcz wygląda też sam stadion. Żadnych policyjnych kordonów, wielkich mrugających tablic reklamowych odciągających wzrok od piłki, tłumów fotoreporterów za bramkami. Samotny policjant przechadzający się obojętnie przed widownią, garstka siedzących niemal na samej linii fotoreporterów, na których co chwila wpadają piłkarze, doktor Garlicki wbiegający w jesiennym płaszczu na boisko, by udzielić pomocy kontuzjowanemu zawodnikowi, jakiś dziennikarz z notesem (czy to nie Stefan Szczepłek?), który po ostatnim gwizdku błyskawicznym zwodem mija porządkowego i biegnie w kierunku polskich piłkarzy, Tomasz Hopfer usiłujący złapać kogoś do telewizyjnego wywiadu, kibice, którzy cieszą się wraz z zawodnikami – wszystko znacznie bardziej ludzkie i cieplejsze niż dzisiaj.
Inny świat – minęła cała epoka.Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 43 • dodano 22-10-2008r. przez darek