Szczęśliwy Montreal

Dziury w całym
Filipiak WojciechMiejsce rozgrywania meczu z Brazylią nasunęło mi oczywiste w tej sytuacji skojarzenie: wygrać oficjalny mecz piłkarski z reprezentacyjną ekipą tego kraju to tak, jak pokonać w hokeja Kanadę. Wprawdzie konkwistadorskie wyprawy Antoniego Ptaka i jego syna Dawida odebrały nam trochę apetyt na brazylijską kawę, ale i tak legenda, a może tylko mit, o wyższości brazylijskiego futbolu, nadal obowiązuje. Nie wiadomo, co jeszcze osiągną w tych mistrzostwach polscy piłkarze, ale już jest o nich głośno.
Telewizyjny komentator z cielęcym zachwytem bezkrytycznie podawał wielomilionowe kwoty, jakie płacono za młode brazylijskie gwiazdki, nie wydaje się jednak, by były one odbiciem ich realnej wartości, bo są one raczej efektem swoistej piłkarskiej inflacji na transferowym rynku bezustannie psutym przez świeżych milionerów, którzy natychmiast chcą zaistnieć, a swoje robią także marketingowe zabiegi menedżerów. W sobotę na boisku w Montrealu okazało się, że wart ponoć 20 milionów dolarów Pato zdziałał na boisku znacznie mniej, niż wart 50 razy mniej Dawid Janczyk, a z kolei kapitan polskiej drużyny Artur Marciniak, którego GKS Bełchatów wypożyczył za jakieś drobne z Lecha Poznań, grał dziesięć razy lepiej niż słynny Jô. Kilku naszych też jest już w Realu, Boltonie, Southampton i Bordeaux, ale na pewno nie mają takiej siły przebicia, jak ich brazylijscy rówieśnicy. To tylko my w Polsce wiemy, że nie każdy piłkarz z Brazylii jest mistrzem futbolu – w innych krajach ten mit działa o wiele silniej.
Zawsze przy takiej okazji nasuwa się pytanie – co z nich wyrośnie? Odpowiedź zna z reguły Jan Tomaszewski, który konsekwentnie twierdzi, że nic, wymieniając jako powody wszystkie rzeczywiste i wymyślone słabości polskiej piłki. No cóż, akurat on powinien wiedzieć, że droga do wielkiego futbolu niekoniecznie musi prowadzić przez reprezentacje juniorskie, bo zdaje się, w żadnej nie zagrał, a reprezentacyjną klasę osiągnął dopiero jako pełnoletni poborowy. Nie ma reguły – wszystko zależy od indywidualnych predyspozycji, a fakt, że ten i ów nie poczynił postępów, niekoniecznie musi mieć swoją przyczynę w nierozwiązanych problemach organizacyjnych i szkoleniowych.
Dotyczy to nie tylko Polaków. Widziałem „na żywo” dwa wielkie sukcesy polskiej piłki na początku lat dziewięćdziesiątych: finał olimpijski w Barcelonie w 1992 roku i decydujący mecz mistrzostw Europy szesnastolatków rok później w Stambule. Jeżeli się porówna osiągnięcia Polaków grających w tych meczach z przebiegiem kariery Hiszpanów i Włochów, to nie powinniśmy mieć kompleksów. Z włoskich 16-latków karierę zrobił tylko bramkarz Buffon, któremu gola strzelił zapomniany już dzisiaj Marcin Szulik, z Polaków natomiast podstawowym zawodnikiem dorosłej reprezentacji był przez dłuższy czas Mirosław Szymkowiak. Mariusz Kukiełka do dziś gra w Bundeslidze, a solidnymi ligowcami byli Bledzewski, Magiera, Terlecki i Andruszczak. Z barcelońskiej ekipy olimpijskiej karierę na polską miarę zrobili Wałdoch, Łapiński, Koźmiński, Brzęczek, Gęsior, Kobylański, Świerczewski, Mielcarski, Adamczuk, Juskowiak i Kowalczyk, zaś spośród Hiszpanów, którzy pokonali naszych w finale, kibice zapamiętali później Solozabala, Abelardo, Guardiolę, Amaviskę, Luisa Enrique i Kiko, przy czym żaden z nich nie został przecież piłkarzem światowej klasy. Jedyne, w czym Włosi i Hiszpanie okazali się później od nas lepsi, to wysokość zarobków, ale to już nie sport, a ekonomia. Wniosek z tego taki, że sukces w rozgrywkach młodzieżowych oznaczać może i wiele, i nic, chociaż oczywiście wolelibyśmy, by dzisiejsi pogromcy Brazylii wygrali z tą drużyną także na „dorosłych” mistrzostwach świata za trzy i siedem lat.
Jeszcze jedno skojarzenie nasunęło mi się w związku z olimpijskim finałem w Barcelonie. Na honorowej tablicy są tam nazwiska wszystkich medalistów, ale wśród Polaków brakuje Tomasza Wieszczyckiego, który grał we wszystkich meczach eliminacyjnych, w finałowym turnieju ani razu nie wstał jednak z ławki rezerwowych (podobnie zresztą jak znany hiszpański bramkarz Canizares). Nie zagrał, to i nie ma go na liście medalistów, chociaż sam medal osobiście odebrał i stał wraz z kolegami na podium. I w tym przypadku miał pecha, jak i z setną bramką w lidze. Oficjalna statystyka mówi o 99 trafieniach, chociaż powinien mieć sto, ale jego bramkę w meczu ŁKS z Wisłą w Krakowie w 1992 roku krakowscy dziennikarze, a za nimi wszyscy dokumentaliści, uznali za gola samobójczego.
Tygodnik Kibica nr 27 • dodano 24-07-2007r. przez admin