Polak - Węgier...

Dziury w całym
Filipiak WojciechPo raz pierwszy od dłuższego czasu rozegramy towarzyski mecz z Węgrami - 17 października w Łodzi. Ostatnio zmierzyliśmy się z tą ekipą w październiku 2003 roku, a więc biorąc pod uwagę napięty terminarz meczów mistrzowskich, nie tak znowu dawno, ale mało komu zwycięstwo 2:1 w Budapeszcie po dwóch golach Niedzielana utkwiło na dłużej w pamięci. W tym samym roku, ale wiosną, było jeszcze 0:0 w Chorzowie, a oba te spotkania zespół Pawła Janasa rozgrywał w eliminacjach poprzednich mistrzostw Europy, w których ustąpiliśmy Szwecji i Łotwie. Węgrzy byli w grupie jeszcze słabsi i wyprzedzili tylko San Marino. Jeżeli narzekamy na obniżenie poziomu polskiej piłki, to zawsze możemy pocieszyć się przypadkiem węgierskim. Nikt wszak nie zaprzeczy, że na początku lat pięćdziesiątych był to najlepszy zespół na świecie, który pechowo przegrał finał mistrzostw świata w 1954 roku na rzecz Niemiec po meczu, który sami zwycięzcy nazywają do dzisiaj „cudem w Bernie”. Na Węgrzech wówczas (jak później u nas za czasów gierkowskiej dekady) reprezentacja piłkarska powstała w dużym stopniu na wyrost, bez związku z demograficzną i gospodarczą pozycją kraju. Węgrom było może łatwiej niż sąsiednim narodom Europy Środkowej i Wschodniej, bo czasy wojenne były tam nieporównanie łatwiejsze w porównaniu na przykład z Polską, stała ponadto za nimi tradycja. Na początku XX wieku centrum europejskiego piłkarstwa nie mieściło się wcale w Paryżu, Madrycie czy Rzymie, a w Wiedniu, skąd do Budapesztu nie było przecież daleko, a na dodatek obu tych miast nie rozdzielała wówczas granica. Nic więc dziwnego, że to Węgrzy byli naszymi pierwszymi nauczycielami, a na swój pierwszy w historii mecz międzypaństwowy reprezentacja Polski pojechała w 1919 roku właśnie do Budapesztu, podejmując kilka miesięcy później rywali w Krakowie. Wyniki tych meczów to 0:1 i 0:3, od razu więc widać, że sporo nas wówczas dzieliło.Pierwszego gola udało nam się strzelić „bratankom” dopiero przy szóstej próbie, a wygrać po raz pierwszy - w legendarnym meczu w sierpniu 1939 roku, kilka dni przed wybuchem wojny. W pierwszych latach powojennych przegrywaliśmy kolejno 2:6, 2:8 i 2:5, co z jednej strony skłoniło władze piłkarskie do wycofania się z eliminacji mistrzostw świata 1954, w których znaleźliśmy się w jednej grupie z Węgrami, z drugiej zaś natchnęło szefów polskiego futbolu do podjęcia uchwały o swoistym „planie sześcioletnim”, bo w takim okresie mieliśmy Węgrom dorównać. Można by się teraz zastanawiać, jak rozwinąłby się węgierski futbol, gdyby nie tragiczne wydarzenia roku 1956 w tym kraju. Najwięksi z Ferencem Puskasem na czele wybrali wówczas emigrację, a w ogólnym zniechęceniu po stłumieniu powstania pogrążył się i futbol, chociaż władzom na pewno zależało, by te tradycje „złotej jedenastki” kontynuować, choć w innej obsadzie personalnej. Już nigdy Węgrzy nie zbliżyli się nawet do sukcesów z lat pięćdziesiątych, bo przecież medale olimpijskie tej rangi nie miały, zaś w mistrzostwach świata i Europy sukcesy odnosili teraz Polacy, Czesi (jeszcze wspólnie ze Słowakami), nawet Bułgarzy i Rumuni. Po Honvedzie, Ferencvarosu, MTK też pozostała już tylko legenda. W rozgrywkach klubowych w tym sezonie Węgrzy z ośmiu meczów wygrali jeden, drużyny z tego kraju zostały wyeliminowane przez rywali z Rosji, Szwecji i Armenii (kto się śmiał z porażki GKS w Tbilisi?), a tylko Honved „prześlizgnął się” do następnej rundy po dwóch remisach i rzutach karnych w rywalizacji z mołdawskim Nistru. Mieli i Węgrzy swoją „bundę”, czyli aferę sędziowsko-korupcyjną, która do reszty zszargała opinię tamtejszych działaczom, zawodnikom i klubom. Teraz wloką się gdzieś w ogonie europejskich rankingów, a w październikowym meczu to my będziemy faworytami.
Czy z węgierskiego przypadku można wynieść „po bratersku” jakieś nauki? Na pewno tak. Nie można tworzyć sztucznej potęgi, bez należytych fundamentów, a tak było w latach pięćdziesiątych, gdy reprezentantów „hodowano” w kilku klubach wojskowych, policyjnych i górniczych. Trzeba dbać o obiekty: zapatrzeni w swój Nepstadion Węgrzy nie dostrzegli, że inne stadiony im się rozsypują, a i o ten reprezentacyjny nie dbali należycie. Prywatyzując futbol, nie postawiono skutecznej zapory dla różnego rodzaju cwaniaków i hochsztaplerów, którzy zaczęli w nim mącić. Węgierscy kibice już dawno pozbyli się złudzeń o powrocie do czołówki i z rezygnacją znoszą kolejne niepowodzenia czy wręcz upokorzenia, ciesząc się z drobnych zwycięstw i ucząc się bardzo potrzebnej w sporcie pokory.
Tygodnik Kibica nr 33 • dodano 15-08-2007r. przez darek