strona głównao tygodnikuredakcjaprenumeratakontaktforum

Prezes stulecia

Dziury w całym

Filipiak Wojciech
Ludwik Sobolewski był postacią niezwykłą. Pochodził z pokolenia, które pracę społeczną dla innych traktowało tak, jak jedzenie i oddychanie. W czasie wojny był w AK, później włączył się w budowę tej Polski, która była, bo czuł, że sama praca zawodowa to za mało. Pochodzi z Warszawy i gdy w 1952 roku zawodowe losy rzuciły go do Łodzi, nie był obciążony dzielnicowymi uprzedzeniami, a nazwę Widzew kojarzył pewnie tylko jako przedostatnią stację kolejową przed Dworcem Fabrycznym. W tym klubie znalazł się zresztą znacznie później, bo „po linii spółdzielczości” (pracował w spółdzielni budowlanej „Kombud”, gdzie był prezesem) trafił do Startu. Bynajmniej nie przez przypadek – branża spółdzielcza dysponowała wówczas sporymi funduszami na sport, a w Łodzi w 1960 roku zbudowano nowoczesny obiekt klubu Start, z salą do siatkówki i koszykówki, dwoma krytymi basenami i stadionem piłkarsko-lekkoatletycznym na 20 tysięcy miejsc, do dzisiaj jedynym, jaki od podstaw powstał w ostatnim półwieczu w tym mieście. Żeby pokazać, jakie klub miał przed sobą możliwości, wystarczy powiedzieć, że sekcja lekkoatletyczna łódzkiego Startu zaangażowała w tym samym czasie w charakterze kierownika wyszkolenia Mariana Hoffmana, słynnego trenera, jednego z twórców „wunderteamu” lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Już wtedy Sobolewski umiał swobodnie poruszać się w piłkarskiej dżungli (zarówno w dobrym, jak i w złym znaczeniu tego słowa), a niewiele brakowało, by drużyna Startu awansowała do ekstraklasy. Wtedy pewnie mielibyśmy Widzew na Julianowie (w tej dzielnicy znajdują się klubowe obiekty), a nie na... Widzewie. Nieoczekiwanie Sobolewski ze Startu odszedł. Podobno dlatego, że górę w tym klubie wzięła opcja siatkarska, bo akurat siatkarki nie miały sobie równych w kraju, a wbrew pozorom wcale nie jest to tańszy sport niż futbol. Nie ulega jednak wątpliwości, że były też określone względy polityczne, bo w 1968 roku nawet w sporcie od polityki uciec się nie udawało. Widzew, wtedy mały klubik dzielnicowy, był z jednej strony bezpiecznym schronieniem, z drugiej zaś – dawał znakomitą okazję do wykazania się, bo można było zacząć budować od podstaw. Nie ma sensu powtarzać, czego Sobolewski, na początku szeregowy działacz, potem długoletni prezes tego klubu (1978-87 i 1989-93 i na koniec krótko w roku 1998), w tym klubie dokonał. Nieważne, czy klub powstał w roku 1910, czy 1922 – naprawdę nowoczesny Widzew, ten, który znamy i o którym stało się głośno w świecie, istnieje od roku 1970, gdy drużyna rozpoczynała swój awans z klasy okręgowej do Ligi Mistrzów, z półfinałem Pucharu Europy „po drodze”. Ludwik Sobolewski odszedł jako ostatni z wielkiej trójki, która zaryzykowała podjęcie takiego wyzwania. Stefan Wroński, jego bliski współpracownik i w Starcie, i w Widzewie, kierownik drużyny, który, gdy nie szło, stawał zwykle za bramką i „czarował”, zmarł w roku 1992. Leszek Jezierski, który pomysły Sobolewskiego realizował jako trener na boisku, osierocił piłkarską Łódź na początku tego roku. Dzisiaj z lekceważeniem mówimy często o działaczach z tamtego okresu, o przyniesionych w teczkach prezesach, „rzuconych na sport”. Sobolewski był absolutnym zaprzeczeniem takiej postawy – nie traktował sportu jako trampoliny do kariery zawodowej czy politycznej, bo takiej nigdy robić nie zamierzał, na sporcie się też nie dorobił. Bardzo długo trzeba go było namawiać, by pojechał z drużyną na mecz pucharowy za granicę, a o jego stanie majątkowym świadczy fakt, że ostatnio żył tylko ze skromnej emerytury i nie bardzo miał za co się leczyć. Znakomicie potrafił się za to w tamtym świecie poruszać, ciągnąć korzyści nie dla siebie, a dla klubu. Ktoś w pośmiertnych wspomnieniach napisał, że przyszło mu działać w trudnych czasach. Przeciwnie – dla kogoś takiego jak on były to czasy bardzo łatwe. Wystarczyło mieć pomysł i umieć przekonać do niego decydentów, a o środki finansowe na realizację nie trzeba się było martwić – wszak wrzeciona i krosna łódzkich zakładów włókienniczych z „1 Majem”, największą widzewską fabryką na czele, kręciły się na trzy zmiany, a komitet dzielnicowy ustalał, jaki zakład ma zatrudnić kolejnych piłkarzy. Chyba nawet ważniejszy od przełomu początku lat siedemdziesiątych okazał się dla klubu okres po 1989 roku. Nie takie kluby jak Widzew wówczas padały, nie potrafiąc znaleźć sposobu działania w nowych warunkach. Widzew też spadł do II ligi, ale Sobolewski znów miał pomysł. Tak jak kiedyś dyrektorów i pierwszych sekretarzy, teraz przekonał najbogatszych ludzi w mieście, dysponujących już nie państwowym, a prywatnym majątkiem, i to właśnie Widzew przekształcił się w pierwszą w Polsce sportową spółkę akcyjną. Sobolewski dopiął swego: powstał wreszcie prawdziwy zawodowy klub, w którym zdrowego, przejrzystego przepływu pieniędzy nie trzeba było kamuflować za fasadą „robotniczego” stowarzyszenia i lewych etatów z zaprzyjaźnionych przedsiębiorstw dzielnicy. To, co później zrobiono z tego Widzewa, to już całkiem inna sprawa. Pogrzeb był wzruszający, przede wszystkim z powodu masowego udziału kibiców, w zdecydowanej większości zbyt młodych, by pamiętać ów „stary Widzew” z lat osiemdziesiątych. Był to dowód, że ta legenda żyje, a utwierdzali ją swoją obecnością niemal wszyscy piłkarze z tamtego okresu. Nad grobem przemawiali i minister, i wiceprezydent miasta (w Łodzi prezydent programowo gardzi sportem), i obecny prezes, choć wystarczyłaby tylko jedna mowa człowieka, którego akurat na pogrzebie zabrakło – Zbigniew Boniek nie znalazł czasu, by w miniony piątek znaleźć się w Łodzi. On akurat miałby najwięcej do powiedzenia o tym, co Sobolewskiemu zawdzięcza: jako piłkarz i jako człowiek. Tym, że na pogrzebie zabrakło piłkarzy z obecnej ligowej drużyny Widzewa, zdziwiłem się mniej. Wieczorem mieli mecz i trener obawiał się pewnie, że udział w ceremonii wyczerpie ich siły. Może to i faktycznie „profesjonaliści”, ale nigdy nie zrozumieją, co to był „widzewski charakter”. Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 47 • dodano 19-11-2008r. przez darek
© 2007 Tygodnik Kibica Wszystkie prawa zastrzeżone.
Liczba odwiedzin:915327