strona głównao tygodnikuredakcjaprenumeratakontaktforum

Kryzys i styl

Dziury w całym

Filipiak Wojciech
Rozgrywki w ekstraklasie i I lidze osiągnęły półmetek, a nawet (w przypadku I-ligowców) go przekroczyły. Ukształtował się pewien układ sił, który z racji liczby rozegranych już spotkań nie może być przecież przypadkowy. Liderem ekstraklasy jest warszawska Polonia, chociaż nie należy zapominać, że jest to tylko przebrany zespół z Grodziska, z klasycznymi „Czarnymi Koszulami” mający niewiele wspólnego (konkretnie Kosmalskiego, Mąkę, Piątka i rezerwowego Majdana). Akurat o tej drużynie mówiło się najmniej w kontekście rywalizacji o mistrzowski tytuł, bo przecież faworytami były jak zwykle drużyny Wisły i Legii, a niektórzy wymieniali też Lecha. A przecież w poprzednim sezonie Dyskobolia też była silna i to ta drużyna miała grać o Puchar UEFA, ale prezes Drzymała wycofał zespół, jeszcze zanim przeniósł go do Warszawy. Zamieszanie ze zmianą szyldu sprawiło zapewne, że Dysko-Polonii wśród faworytów nie wymieniano, chociaż jest to też zespół wysokiej klasy. To dobra drużyna, ale nie gra stylowo – słychać jednak narzekania. No i co z tego, że Polonia mozolnie przebijała się na pierwsze miejsce remisem albo „wymęczonym” 1-0? Liczy się skutek, a zresztą ile razy można powtarzać, że w piłce przyznaje się punkty nie za styl, a za strzelone gole i za te, których nie zdołają strzelić przeciwnicy. Żeby nie wiem jak liczyć, Polonia ma tych punktów najwięcej i to unieważnia wszystkie opinie komentatorów krytykujących ten zespół za sposób gry. Może i rację mają ci, co twierdzą, że mecze z udziałem Polonii są często mało ciekawe, ale przecież w futbolu też nie chodzi o to, by strzelać gole przewrotkami i zdobywać bramki po solowych rajdach przez pół boiska. „Chciał być mistrzem świata w graniu na bębnie” - powiedział kiedyś trener Wojciech Łazarek o napastniku, który zamiast szukać najprostszego rozwiązania pod bramką, chciał zagrać „pod publikę”. Paweł Kowalski z kolei, inny trener znany i z osiągnięć w pracy, i z... soczystych cytatów, znacznie bardziej dosadnie zwykł był reagować na zmarnowane szanse swoich zawodników, ogłaszając donośnie z trenerskiej ławki, czym on by takiego gola strzelił. Po kompromitującej nie tylko kierownika drużyny, ale i cały klub z Lubina aferze z nieznajomością regulaminu dotyczącego żółtych kartek, na pozycji lidera I ligi całą zimę spędzi Widzew. Nie ma w tym żadnej sensacji, bo to przecież jeden z faworytów do awansu, niemal przez całą rundę słychać jednak było zewsząd narzekania, że drużynę z Łodzi dotknął kryzys. Faktem jest, że w niektórych meczach strzelanie goli szło widzewiakom niesporo i dużo by pewnie nie ugrali, gdyby nie ściągnięty w ostatniej chwili Marcin Robak, ale przecież bilans tej drużyny jest bardzo dobry. Jeżeli wygrywa się sześć meczów różnicą jednej bramki, to nie można mówić o przypadku – raczej o cierpliwości, konsekwencji taktycznej i wytrwałości w forsowaniu obrony rywala. Trzeba bowiem wiedzieć, jak wyglądają w zdecydowanej większości mecze w I lidze: słabszy zespół kurczowo się broni, nie myśląc o pozytywnej grze, a raczej o przeszkadzaniu. Klasycznym przykładem były tu bliźniaczo podobne mecze Widzewa z GKS z Jastrzębia i Katowic. Ten pierwszy Widzew przegrał w okolicznościach, które nawet trener Jastrzębia uznał za nader szczęśliwe dla swojego zespołu, w drugim łodzianie strzelili gola tuż przed samym końcem, ale nikt z rywali nie mógł przecież narzekać na pecha. Przykłady Polonii i Widzewa pokazują, jak subiektywne oczekiwania rozmijają się z obiektywną rzeczywistością. Na futbol nie da się patrzeć na zimno, stąd też zawsze chcielibyśmy, żeby nasz zespół grał jeszcze lepiej niż gra. Tak jak rodzice wobec ukochanych dzieci, mamy wobec faworytów znacznie większe oczekiwania niż wobec reszty i nigdy nie jesteśmy zadowoleni do końca. Wygrali? Ale w jakim kiepskim stylu! Mimo przewagi wygrali tylko 1-0? Trzeba bić na alarm, bo to kryzys! Przegrali? Ale przeciwnik grał beznadziejnie. „Mecz stał na słabym poziomie” - czytamy zwykle w relacji miejscowego korespondenta po porażce drużyny u siebie. W tak bezdyskusyjnie wymiernym sporcie, jakim jest piłka nożna, wszelkie dyskusje o stylu i formie okazują się bezprzedmiotowe w zetknięciu z zimnym bilansem punktów i bramek. Może i ubarwiają piłkarskie życie, prowokują do dyskusji i poszukiwań, ale są przecież bez znaczenia. Co z tego, że po zdobyciu przez Szombierki tytułu mistrza Polski w 1980 roku uznano, że jest to najgorszy mistrz w historii? Patrzę właśnie na honorową listę mistrzów – Szombierki zdobyły wówczas trzy punkty więcej od wielkiego wtedy Widzewa i nikt tego klubu z niej nigdy nie wykreśli.Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 48 • dodano 26-11-2008r. przez darek
© 2007 Tygodnik Kibica Wszystkie prawa zastrzeżone.
Liczba odwiedzin:915327