Prezesi na liście transferowej

Dziury w całym
Filipiak WojciechMój sąsiad z łamów „Tygodnika Kibica” Dariusz Mikus, gospodarz innego felietonowego okienka, skarżył się niedawno, że karuzela transferowa piłkarzy i trenerów już go nudzi i wyraźnie brakuje mu w niej... działaczy. Życie jest bogatsze niż wyobraźnia. Życzenie kolegi Mikusa, któremu marzył się sensacyjny tytuł w gazetach: „Prezes Widzewa przechodzi do zarządu PZPN”, właśnie się spełniło. Prezes Widzewa został członkiem zarządu PZPN.
Marcin Animucki, sam wcześniej przetransferowany na piłkarski grunt z koszykówki (jest ligowym sędzią w tej dyscyplinie, a gdy prowadzi mecz, przy jego nazwisku widnieje dopisek „z Warszawy”), od kilku miesięcy prezes spółki Widzew (bo przecież nie klubu ani RTS – ten już dawno nie istnieje), w sobotę został dokooptowany do zarządu. Znany z piłkarskich kontraktów dopisek przy transferach i wypożyczeniach, że zainteresowany nie może grać w meczu przeciwko poprzedniemu klubowi, trzeba w tym przypadku zmodyfikować: Animucki nie powinien w zarządzie grać w barwach swojego obecnego klubu. Doceniając dyplomatyczne zdolności szefów Widzewa, którzy doprowadzili do takiego wyboru, dostrzec trzeba jednak pewną niezręczność. Przecież ciągnące się od kilku lat widzewskie sprawy licencyjne i korupcyjne ciągle nie zostały do końca wyjaśnione i prędzej czy później pod obrady zarządu trafią, a wtedy konflikt interesów będzie nieunikniony. Chyba że prezes Animucki po to został właśnie w zarządzie umieszczony, by tych spraw umiejętnie pilnować.
Gwoli ścisłości dodam, że nie jest on jedynym członkiem zarządu, służbowo związanym z konkretnym klubem. Ireneusz Serwotka jest wszak prezesem Odry Wodzisław, Janusz Matusiak – wiceprezesem Wisły Płock, a Zdzisław Drobniewski – dyrektorem sportowym GKS Bełchatów. Nie wątpię, że wszyscy wymienieni mają na względzie dobro całej polskiej piłki, a nie partykularne interesy swojego klubu, ale licho nie śpi: po co narażać ich na podejrzenia?
Transfery działaczy (pardon, menedżerów) z klubu do klubu, to też zresztą nie nowość, że znów wrócę do tekstu Dariusza Mikusa sprzed dwóch tygodni. Przecież GKS „sprzedaje” nie tylko Łukasza Gargułę: wspomniany Janusz Matusiak zamienił niedawno Bełchatów na Płock, pociągając za sobą Jerzego Ożoga, byłego prezesa GKS, obecnie na tym samym stanowisku w płockiej Wiśle. Zbigniew Koźmiński bez problemów przeskoczył z Zabrza do Szczecina, a Antoni Ptak zabrał ze sobą z Łodzi i Piotrkowa do Szczecina nie tylko drużynę i piłkarzy, ale i grupę działaczy z Markiem Łopińskim na czele. Ten na pewno nie dałby się namówić do gry przeciwko swojemu macierzystemu klubowi podczas szczecińskiego wypożyczenia: był z ŁKS tak mocno związany uczuciowo, że w Szczecinie żartowano, iż do piętnastej Łopiński urzęduje jako dyrektor Pogoni, a po piętnastej jest już tylko kibicem ŁKS. Prawdziwym majstersztykiem, którym Antoni Ptak pokonał wszystkich znanych krajowych menedżerów piłkarskich z Szusterem, Kołakowskim, Osuchem i Foglem na czele, było przetransferowanie Mirosława Czesnego z funkcji prezesa Widzewa na stanowisko... wiceprezydenta Szczecina! Tak daleko sięgały układy tego biznesmena.
A prezes Zagłębia Lubin Robert Pietryszyn? Wielbiony niedawno jako „Prezes Roku”, przestał już budować potęgę Zagłębia i bogaty w doświadczenia działa teraz w Widzewie w charakterze pełnomocnika zarządu do spraw przebudowy stadionu. Do ŁKS z kolei trafił właśnie na stanowisko prezesa Roman Gałuszka, mający w swoim CV pracę w... Pogoni u Bekdasa, co wygląda na zemstę Szczecina za Ptaka i Czesnego. Trudno się z dziwić, że z transferów ŁKS nie od dziś śmieją się w całej Polsce.
Trwa także ożywiony ruch między poszczególnymi dyscyplinami. Marcin Animucki nie jest wyjątkiem. Na przykład były prezes RTS Widzew Witold Skrzydlewski jest teraz szefem klubu żużlowego w Łodzi, no i przecież sam szef spółki Ekstraklasa Andrzej Rusko trafił na tę funkcję prosto z żużla, w którym szefował wrocławskiej Sparcie (albo Atlasowi, jak kto woli).
Ludzie zajmujący w swoich klubach czy związkach sportowych odpowiedzialne funkcje są coraz lepiej przygotowani merytorycznie do swojej pracy, bardziej wykształceni niż dawniej działacze społeczni. Ciągle się tylko zastanawiam, czy prezes ŁKS będzie na weekendy wracał do Warszawy, gdzie mieszka, czy też – jak wymaga się tego od piłkarzy – będzie dawał z siebie wszystko podczas meczów swojej (? - znak zapytania jest oznaką drążących mnie wątpliwości) drużyny w sobotni wieczór.
Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 4 • dodano 28-01-2009r. przez darek