Walkower dla biurokracji

Dziury w całym
Filipiak WojciechNie zdarzyło się jeszcze w historii rozgrywek na szczeblu ogólnopolskim, by aż cztery mecze w jednym sezonie zaliczono drużynom jako zwycięstwo lub porażkę walkowerem. Na razie cztery – bo przecież sezon w I lidze wkracza dopiero w drugą połowę i może się okazać, że walkowerów będzie nawet więcej. Wisła Płock i Odra Opole ukarane zostały za lekceważący stosunek do obowiązującego prawa, bo nie chodzi tu tylko o przekroczenie piłkarskich regulaminów.
W obu wymienionych drużynach grali w meczach, których wyniki unieważniono, piłkarze z zagranicy nieposiadający akurat w tym momencie zezwolenia na grę w Polsce. Co ciekawe, Żarko Belada z Wisły i Charles Uchenna z Odry są dobrze znani z polskich boisk, bo grali już u nas wcześniej, a ich aktualne kluby nie dopatrzyły tylko terminu przedłużenia tych zezwoleń. Kibice oburzają się na tak rygorystyczne przestrzeganie przepisów, ale pretensje powinni mieć przede wszystkim do osób odpowiedzialnych za sprawy administracyjne w obu klubach, no i do samych piłkarzy, którzy powinni dbać o to, z czego mają na chleb.
Kilka lat temu sensację wywołało ogłoszenie w gablotce „Pracownicy poszukiwani” w Urzędzie Pracy w Opocznie: „Klub Sportowy Ceramika zatrudni dwóch zawodników do drużyny ligowej”. Obśmiano w gazetach taki sposób kompletowania zespołu przed sezonem, ale nie był to efekt lenistwa klubowych menedżerów, a wymóg formalny – cudzoziemca można zatrudnić tylko wtedy, jeśli nie ma w kraju odpowiednich kandydatów na to stanowisko. Akurat w sporcie można tę przeszkodę łatwo ominąć, bo to trener stwierdzał, że krajowi kandydaci się nie nadają i są gorsi niż upatrzony wcześniej piłkarz z zagranicy.
Szczerze mówiąc, formalne zaostrzenie kryteriów zatrudniania piłkarzy by się u nas przydało. Przecież Odra i Wisła zapłaciły walkowerami nie za Ronaldinho, Beckhama i Kakę, a za drugorzędnych zawodników, bez których oba kluby doskonale by sobie poradziły. Transfery zawodników to jednak tak zyskowny biznes, że nie uda się metodami administracyjnymi zatrzymać zalewu piłkarzy zagranicznych, a podaż i popyt musi uregulować sam rynek. W koszykówce kluby już rozwiązują kontrakty z drogimi asami z zagranicy, choćby dlatego, że tysiąc dolarów dziś to prawie dwa razy więcej niż tysiąc dolarów pół roku temu. Zaskoczył mnie na przykład rozsądek szefów żeńskiej drużyny ROW Rybnik, w której podziękowano drogim Amerykankom, by nie doprowadzać klubu do bankructwa i zapewnić mu ligowy byt w tym sezonie i uratować koszykówkę w tym środowisku na sezon następny. Przewiduję, że wkrótce to samo będzie z żużlowcami, gdzie odsetek zawodników zagranicznych jest bodaj największy ze wszystkich dyscyplin.
W piłce jest trochę inaczej, bo twierdzi się, że zawodnicy zagraniczni są... tańsi. To być może prawda w odniesieniu do piłkarzy z Afryki, ale już na przykład ci z Bałkanów i z Brazylii potrafią dbać o swoje interesy. Sama gaża dla zawodnika to zresztą przecież nie całość kosztów, bo doliczyć trzeba koszt przyjazdu i utrzymania, nie mówiąc już o zwyczajowej prowizji dla pośrednika, co wcale nie musi być najmniejszą pozycją ogólnej sumy wydatków. Czasem dochodzi do sytuacji wręcz groteskowej: po dwóch miesiącach poszukiwań lewego obrońcy w kraju i za granicą, meczach kontrolnych i testach, okazać się może, że w pierwszym meczu rundy wiosennej zagra w ŁKS na tej pozycji... wychowanek klubu Wojciech Mordzakowski. Ileż to było kamuflażu ze strony kierownika drużyny, by na sparingach nie zdradzić nazwiska, a nawet narodowości testowanego piłkarza, ponoć i obawy przed konkurencją? Na szczęście w tym przypadku nie trzeba będzie walczyć z biurokracją w urzędzie pracy, bo zagraniczni kandydaci na tę posadę po prostu się nie nadawali. Ale czy to urzędy pracy mają troszczyć się o finanse klubów ligowych?
Dwa walkowery nie zaszkodzą specjalnie i tak już pogrążonej Odrze i Wiśle, która szanse na awans do ekstraklasy straciła z całkiem innych powodów. Przypomnieć jednak warto sytuację sprzed roku, gdy we Flocie Świnoujście przez całą rundę grał nielegalnie obcokrajowiec, na dodatek zięć prezesa! Gdyby PZPN łaskawie nie anulował tych 11 walkowerów, to Flota grałaby dzisiaj nie w pierwszej lidze, a w czwartej. Przepisy dotyczące murarzy, spawaczy, lekarzy czy inżynierów nie przystają do sytuacji w sporcie, gdzie o zatrudnieniu decydują całkiem inne czynniki niż poziom bezrobocia w danym regionie. Sprawa nadaje się jak znalazł do „komisji Palikota”.
Walkowery za niedopełnienie formalności i brak pieczątki śmieszą, a zainteresowanych wręcz irytują, ale z drugiej strony w profesjonalnej piłce obowiązywać powinno profesjonalne podejście do obowiązków. Taka na przykład Wisła Płock przegrywa walkowerem już czwarty mecz w ciągu ostatnich kilku sezonów. Raz w klubie nie zauważono, że mieszkający od dziecka w Płocku Geworgian to jednak Ormianin, a nie Polak, i na boisku znalazło się zbyt wielu cudzoziemców, później kierownik źle policzył żółte kartki, teraz znów te dwa mecze Belady... Gra głową nie jest silnym punktem tego zespołu.
Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 8 • dodano 25-02-2009r. przez darek