Abonament na sezon

Dziury w całym
Filipiak WojciechNie możemy oczywiście marzyć o tym, by większość biletów na mecze rozchodziła się w abonamencie, ale sprzedaż karnetów na cały sezon stanowi coraz większą pozycję w budżetach wielu klubów. Liderem, jak w całej ligowej tabeli, jest Lech, a parę innych klubów ekstraklasy ambitnie go goni. To dobry znak dla futbolowej ekonomii.
Osobiście z czymś takim jak abonament zetknąłem się w latach sześćdziesiątych, gdy w ten sposób zachęcał widzów do przychodzenia na mecze Start Łódź. Była to wówczas w łódzkim futbolu nowa siła, a przekonanie kibiców przyzwyczajonych do ŁKS i pierwszej ligi, by co dwa tygodnie jeździli też na odległy od centrum stadion Startu na II ligę, było trudne. Ważniejszy był jednak aspekt ekonomiczny, chociaż z ekonomią w dzisiejszym rozumieniu tego słowa niewiele miało to wspólnego: sprzedając „z rozdzielnika” karnety spółdzielniom pracy z całego regionu, związany właśnie z tym działem gospodarki klub nie musiał martwić się o frekwencję na poszczególnych meczach, bo pieniądze i tak były już w kasie. Spółdzielnie potem te karnety rozdawały swoim pracownikom, wielu kibiców usilnie szukało więc znajomych i krewnych zatrudnionych w spółdzielczości. Książeczka z biletami na cały sezon (każdy innego koloru) była bardzo cenna, choć dla kibica bezpłatna.
Teraz za darmo nikt biletu nie da, ale nabywanie karnetu przed rundą mistrzowską i tak jest opłacalne, choć trudno o tym zainteresowanych przekonać. Cena jest zwykle tak skalkulowana, że wychodzi tanie niż kupowanie pojedynczych biletów. Z jednej strony abonament „wymusza” regularne uczęszczanie na każdy mecz (i o to przecież chodzi!), z drugiej zwalnia jednak od uciążliwego czasem stania w kolejce do kasy, a także od obowiązkowego w wielu miastach rejestrowania się i legitymowania podczas zakupu biletu. Pozbycie się starych przyzwyczajeń i nabycie nowych musi potrwać, ale wyraźnie widać, że idziemy w dobrym kierunku.
Zauważyć warto jednak, że jednocześnie zanika ostatnio instytucja szerokiej przedsprzedaży biletów. Owszem, można je kupować kilka dni przed meczami w siedzibach klubów, ale zniknęło coś, co w epoce „przedkarnetowej” było normalnością: otwarta sprzedaż w kilku uczęszczanych punktach w centrum miasta, takich jak tradycyjny „Orbis”, duże sklepy i domy towarowe, czy nawet samochód zaparkowany na głównym placu miasta. Domyślam się, że klub nie chce dzielić się prowizją z pośrednikami, ale warto chyba jeszcze raz przeliczyć koszty.
Bilety na imprezy kulturalne - koncerty, przedstawienia teatralne itp. - można kupić w każdym miejscu w Polsce, na przykład w „Empikach”. Zdaje się, że w naszej ligowej piłce prekursorem w tym względzie został GKS Bełchatów, który porozumiał się właśnie z siecią „Bileteria”. W Bełchatowie starają się przyciągnąć kibiców, bo wszyscy w Polsce wytykają im (nie zawsze sprawiedliwie) niską frekwencję. Ma być inaczej i klub szuka rezerw. Na mecz z Lechem po raz pierwszy można było kupić bilet w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku i wszędzie tam, gdzie owa „Bileteria” dociera, dzięki czemu na przykład – tak nie bez racji wymyślili w klubie – pochodzący z Bełchatowa student wybierający się na weekend do domu mógł już wcześniej kupić bilet na mecz swojej drużyny.
Wydaje się jednak, że w minioną niedzielę bełchatowianie sami padli ofiarą własnego pomysłu, okazało się bowiem, że z Poznania przyjechało na mecz więcej widzów, niż wynikałoby to z oficjalnego przydziału kart wstępu dla tego klubu. Bilety były na różne miejsca, ale na życzenie służb porządkowych, spanikowanych nieco niespodziewanym napływem przyjezdnych, gości zgromadzono w jednym sektorze, akurat tym – to już wyraźne niedopatrzenie i brak zrozumienia przez ochronę całej idei meczowych abonementów - „karnetowy”. Przyjezdnych było w ten sposób łatwiej dopilnować, burzyli się natomiast miejscowi, których „wysiedlono” z ich wykupionych wcześniej miejsc. Klub po meczu przepraszał urażonych takim potraktowaniem swoich najwierniejszych sympatyków, których skierowano do najgorszego sektora w narożniku za bramką, obiecał rekompensatę, ale niesmak po złamaniu umowy pozostał, zwłaszcza że sprawa dotyczy nie „szalikowców” z „młyna”, a kibiców zwanych przez tychże pogardliwie „piknikami”, na których klubowi powinno najbardziej zależeć, bo to oni przynoszą pieniądze, a nie gawiedź z „galerki”.
W Barcelonie abonament na „Nou Camp” na cały sezon ludzie zapisują swoim potomkom w spadku...Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 9 • dodano 04-03-2009r. przez darek