Zapis w kontrakcie

Dziury w całym
Filipiak WojciechZdarza się, że zawodnik, który zmienia klub, ma w nowym kontrakcie zakaz gry przeciwko swojej poprzedniej drużynie. Takie „nowoczesne” i „profesjonalne” podejście do swoich piłkarzy mają na przykład w Wiśle, Górniku Zabrze i w Legii.
Trener Henryk Kasperczak ma chyba złych doradców, bo nie wierzę, by sam wpadł na taki pomysł. Jesienią nie mógł zagrać przeciwko Górnikowi Dawid Jarka, którego tenże Górnik wypożyczył drużynie z Łodzi. O ile w przypadku wypożyczenia istotnie dopatrywać się można konfliktu interesów, to już całkiem z księżyca wzięty został taki sam punkt w kontrakcie Tomasza Hajty. Jego z Górnikiem już nic nie łączy, bo poprzedni kontrakt został rozwiązany, ale przeciwko zabrzanom w wiosennej rundzie też nie zagra. Brak w tym wszystkim logiki – skoro Jarka i Hajto są za słabi na Górnika i bez żalu można z nich zrezygnować, to... niech sobie grają w ŁKS, bo Górnikowi będzie łatwiej grać przeciwko nim. Jaka szkoła trenerska przemawia za tym, by w ten sposób eliminować ich z gry? I dlaczego w ogóle PZPN na coś takiego pozwala, bo to przecież jawna dyskryminacja i ograniczenie prawa do wykonywania zawodu.
Tak samo działa zresztą Wisła: Patryk Małecki skarżył mi się raz osobiście po jednym ze spotkań (gdy grał w Zagłębiu Sosnowiec), że bardzo by chciał zagrać przeciwko Wiśle, ale klub z Krakowa mu nie pozwala. To samo było z Piotrem Ćwielongiem, który od dłuższego czasu „wisi” między Ruchem a Wisłą i z tego powodu nie mógł grać w zawsze prestiżowym meczu najstarszych polskich ligowców. Najlepiej wyszła ostatnio na takich zakazach Legia – za grę Grosickiego w meczu przeciwko drużynie z Warszawy Jagiellonia będzie musiała zgodnie z umową zapłacić całkiem okrągłą sumkę (plus VAT). W sytuacji, gdy zawodnik może swobodnie zmieniać klub w trakcie sezonu (istnieje przecież zimowe „okno transferowe”), takie zapisy są jawnym ograniczeniem wolności wykonywania zawodu i gdyby im się dokładnie przyjrzeć, na pewno stoją w sprzeczności z regulacjami międzynarodowymi. W krajowym wydaniu wygląda to prostu na anachroniczną próbę obrony nie całkiem jasnych interesów menedżerów i klubów. Przecież niemal w każdym meczu ligowym grają przeciwko sobie zawodnicy, którzy już kiedyś razem występowali, i gdyby konsekwentnie trzymać się takiej zasady, to zawsze składy drużyn były zdziesiątkowane. O absurdzie takiego podejścia świadczy fakt, że w ligowej kadrze wspomnianego Górnika jest aż pięciu zawodników, którzy kiedyś grali w ŁKS. Jaki skład wystawiłby Kasperczak, gdyby nie mogli oni grać przeciwko łodzianom?
Mówi się, że w zawodowym futbolu nie ma sentymentów i może nawet nazbyt często przywołuje się ów etos zawodowca, szermując hasłem: „Jestem profesjonalistą i gram najlepiej jak umiem tam, gdzie mi płacą”. Tego nie da się pogodzić z tym, co robi Górnik, Legia i Wisła.
Mateusza Cetnarskiego i Dawida Nowaka GKS Bełchatów akurat znikąd nie wypożyczał, bo ci dwaj piłkarze, dzięki którym GKS wygrał w sobotę w Łodzi, przyszli do Bełchatowa z łódzkiej SMS i nikt im żadnych zakazów nie stawia. Ich transfer może być jednak powodem nieprzyjemności byłego prezesa GKS Jerzego Ożoga, którego obecne władze klubu oskarżają o niegospodarność i „działanie na szkodę spółki”, między innymi z tego powodu, że zatrudniał w klubie związanego z SMS Janusza Matusiaka, który przecież właśnie po to miał etat w Bełchatowie, by absolwentów swojej szkoły przekonywać do przeprowadzki do tego miasta. Ten system zadziałał, do GKS trafia wielu zawodników z SMS, ale ktoś teraz wymyślił, żeby włożyć kij w szprychy. Nawiasem mówiąc, dyrektor łódzkiej szkoły jest zarazem prezesem stowarzyszenia ŁKS, ale od dawna nie ma żadnego przepływu zawodników na linii SMS – ŁKS, bo jeden pan nie lubi innego pana i już.
Powinno być tak: Nowak i Cetnarski, absolwenci SMS, której dyrektor jest prezesem ŁKS, powinni mieć zakaz gry w meczach przeciwko ŁKS. Jakie to głupie, prawda?Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 12 • dodano 25-03-2009r. przez darek