Orły odarte z piór: Buf(f)onada po polsku

Krótkie krycie
Mikus Dariusz JanZ wielu marzeń Artura Boruca o pozostaniu drugim Gianluigi Buffonem została mu już tylko ostentacyjna bufonada. Nic dziwnego, wszak w kadrze trenuje go przecież niedoscigły pod tym względem autorytet trenerski z Holandii.
Dowody? Beenhakker po sobotnim meczu pobił kolejne rekordy - już nie bardzo wiadomo, czy bezczelności, czy głupoty - gdy na pomeczowej konferencji prasowej oświadczył:
- To był fatalny mecz w wykonaniu obu stron. Obie ekipy popełniły bardzo dużo błędów. My zagraliśmy słabo w obronie.
Leo popisuje sie logiką małego Jasia, który każdą wpadkę stara się tłumaczyć nawet skrajnie naiwnie, byleby tyko nie wyjść na winnego. Gdy Leo wygrywa, to nie liczy się styl, tylko zdobycz punktowa, gdy przegrywa, to ma czelność powiedzieć, że nawet rywale nie popisali się na boisku. Taka jest logika małego Leosia...
Na konferencji prasowej dla Beenhakkera gra była z obu stron „poor”, czyli biedna, a bramki strzelone przez rywali - przypadkowe. Pytanie, dlaczego to my takich przypadkowych bramek nie strzeliliśmy więcej? Oczywiście pominąwszy casus polskiego autorstwa mało efektownego swojaka... No właśnie - Leo, why!?
A jeszcze przed meczem, na pytanie: „Czego musimy się szczególnie obawiać ze strony naszych najbliższych rywali?”,
Leo oświadczył:
- To nie jest tak, że musimy się czegokolwiek obawiać. Znamy drużynę, widzieliśmy ich wszystkie ostatnie mecze. (...) Irlandczycy grają ostro? No tak, ale my także mamy mocnych, silnych, walczących zawodników, więc nie ma się czego obawiać”.
Czy aby pan trener nie kontaktuje, co się wokół niego dzieje? Ależ skąd - on tylko konsekwentnie realizuje swój medialny (i rzeczywisty) wizerunek, czyli syndrom buty i bufonady wobec wszelkiej krytyki. Dla niego ludzie dzielą się albo na ojca sukcesu Leo i resztę świata - albo na autorów klęski i pokrzywdzonego ich działaniem męczennika z Holandii.
Zresztą nic w tym dziwnego, skoro już od kilku lat Holender daje się poznać na konferencjach prasowych jako neurotyczny arogant dopatrujący się w każdym pytaniu czyhania na jego głowę - zachowuje się wówczas agresywnie i nie przebierając w słowach, nawet obraża zadających mu pytania dziennikarzy. Do tej pory uchodziło mu to na sucho - bo markę na skalę polskich sukcesów wyrobiła mu kampania reklamowa po awansie do finałów ME. Szkoda - jak już wtedy kilkakrotnie pisałem - iż nikt nie wziął pod uwagę, że awans do pierwszej szesnastki niewiele więcej państw liczącego kontynentu jest sukcesem na małą skalę. Prawda została obnażona podczas finałów, gdzie nasz „wunderteam” skompromitował się do końca...
Panu trenerowi - dla osłody - przypominam i dedykuję cytat z jego własnej wypowiedzi wygłoszonej przed meczem z Północnymi Irlandczykami:
- Gdybym nie przyjechał tutaj po trzy punkty, to po co miałbym lecieć do Belfastu? Znam wiele ładniejszych miejsc.
Prawda, że ślicznie powiedziane...?
Kibice i dziennikarze zastanawiali się, jaka będzie taktyka i co pokaże Artur Boruc. A Boruc pokazał ... interesujący tatuaż na szyi!! Na więcej już go nie było stać - no może z wyjątkiem wielce efektownego podlewania pola karnego wielką ilością śliny wypluwanej co dwie-trzy sekundy w stanie patologicznego zdenerwowania. Coś niewiele zostało z wizerunku pewnego siebie do przesady cwaniaczka olewającego wszystkich z pozycji Wielkiego Golkipera. Za to posmak bezczelnego buca nadal unosi się w powietrzu...
Nie będę się pastwił nad Arturem B. za tragikomiczne kopanie powietrza na własnym polu karnym. Rzecz w tym, że nie była to jego jedyna tak bezsensowna interwencja nogą w tym meczu. Zdarzało się wybijanie wprowadzanej piłki na aut czy podawanie do rywali znajdujących się na 30. metrze przed bramką. Zresztą jeszcze przed meczem publikowany był w internecie wywiad z jednym z zawodników North Ireland, który stwierdzil, że wie, jak pokonać polskiego bramkarza. Uwaga!! Mówił on dziennikarzowi o kłopotach Boruca przy zagraniach piłki nogą i o licznych błędach, jakie w tym elemencie gry polski bramkarz popełnia.
Jednakże po prawdzie patent na autorstwo samobójczej bramki nie należy tylko do spółki z bardzo ograniczoną odpowiedzialniścią „Boruc & Żewłakow”- ten swojak to efekt trenerskiej nieudolności Beenhakkera. Nie potrafił on bowiem zakodować swoim graczom, że gdy przyjeżdża się po trzy punkty, to nie wolno grać do tyłu - tym bardziej w sytuacji, gdy wynik był daleki od naszych marzeń.
Drużyna polska była zestawiona fatalnie i poza rączo biegającym Jeleniem - nielubianym i niedostrzeganym zazwyczaj przez trenera i powołanym raczej z przypadku na okoliczność łatania dziur w kadrze - nikt z wyjściowego składu się nie wyróżnił. A dlaczego Leo nie sięgnął wcześniej po Jelenia? To też wytłumaczył w jednym z wywiadów:
- Jak miałem w Auxerre pogadać z Jeleniem, skoro on nie mówi po angielsku, a ja po polsku?
W koncówce korzystnie pokazał się Saganowski, ale to tylko potwierdza, że selekcja składu i trzymanie go przez ponad godzinę na ławce były kolejnymi błędami szkoleniowca!!
Ale te dywagacje nie dotyczą Leo, bo przecież dumnego selekcjonera krytykować bezkarnie pismakom nie można. Zaraz obrzuci malkontentów stałym zestawem zachowań medialnych.
Na pytanie: Leo, why? Holender odpowiada, że piłka nadal jest w grze i praktycznie wiele złego się nie stało, bowiem mamy także okazję awansować do finałów MŚ z drugiego miejsca w grupie. A przecież jeszcze kilka dni temu królowała jego buńczuczna wypowiedź o konieczności wygrania obu wiosennych meczów, co jest warunkiem koniecznym do skutecznego walczenia o awans. Widać punkt widzenia zależy od ... miejsca w tabeli - im niżej, tym bardziej trzeba nadrabiać miną i optymizmem na wyrost. Były też uwagi, że kluczowy okaże się zapewne... listopadowy mecz barażowy(!).
A teraz? Teraz wszystko wróci do normy, bo przecież sytuacja jest ekstra, a wygrana z San Marino da nam wirtualny awans na bardzo wysoką pozycję w tabeli. Oczywiście optymistycznie zakładając aż tak korzystny wynik... Zaraz potem Leo będzie mógł się oddać pracy społecznej na rzecz Feyenoordu, a prezes Lato odetchnie wraz z całą swoją gromadką leśnych dziadków i będzie optymistycznie (dyplomatycznie) doradzał spokój przed końcem eliminacji. Minister Drzewiecki przestanie płakać i poczeka, aż czule przytuli go zajmujący się Euro 2012 eksprezes Listkiewicz, który to dumnie oświadczy, że za jego czasów takich blamaży nie było. Kraj pogrąży się w euforii sukcesu.
Resume?
Sytuacja jest dobra, ale nie beznadziejna!!
Dariusz Jan Mikus
Tygodnik Kibica nr 13 • dodano 01-04-2009r. przez darek