strona głównao tygodnikuredakcjaprenumeratakontaktforum

Litera i duch

Dziury w całym

Filipiak Wojciech
Jak czytać przepisy gry w piłkę nożną? Przede wszystkim – ze zrozumieniem, bo ważniejsze od samego zapisu, z natury rzeczy będącego pewnym skrótem myślowym, są intencje jego twórców oraz duch samej gry. Nad tymi sprawami, wydawać by się mogło na pozór, że oczywistymi, zacząłem zastanawiać się w miniony piątek podczas meczu Wisły z Górnikiem Zabrze. Adam Banaś strzelił na początku tego spotkania gola dla Górnika w okolicznościach co najmniej wątpliwych. Sam to chyba czuł, bo cieszył się umiarkowanie. Chodzi o to, że z boku boiska leżał kontuzjowany zawodnik Wisły, który nie brał udziału w grze. Formalnie Banaś nie znajdował się więc na pozycji spalonej, ale przywołany wcześniej „duch gry” sponiewierany został co najmniej trzykrotnie. Skoro uznaje się, że napastnik na pozycji spalonej, ale niebiorący udziału w grze, nie liczy się przy ocenie spalonych u jego kolegów, to zasada taka powinna obowiązywać także w drugą stronę – obrońca, który nie z własnej woli przecież (kontuzja!) nie uczestniczy w grze, także powinien być traktowany jak powietrze, zwłaszcza że znajduje się on daleko od miejsca akcji i nie ma wpływu na jej przebieg. Z jeszcze bardziej drastycznym przykładem takiej sprzeczności spotkaliśmy się podczas ostatnich finałów mistrzostw Europy, kiedy uznano gola w sytuacji, gdy jeden z obrońców leżał za końcową linią (!) niezdolny chwilowo do gry, wyrzucony tam ostrą szarżą rywala. Innym wyjściem w sytuacji z Krakowa byłoby natychmiastowe przerwanie akcji przez sędziego, skoro uraz był tak poważny, że uniemożliwiał zawodnikowi Wisły branie udziału w grze. Gdyby okazało się, że obrońca symulował – arbiter zawsze ma przecież do dyspozycji żółtą kartkę. Trzecie wyjście jest najtrudniejsze, ale najbardziej fair: napastnik, widząc kontuzję obrońcy, sam przerywa grę i wybija piłkę na aut. Nie mam złudzeń – na taki gest nie stać w dzisiejszej piłce nikogo. Nic nie kosztuje wybicie piłki gdzieś na środku boiska, gdzie często zdarza się to bez powodu i bez sensu. Ale pod bramką, w sytuacji, gdy można strzelić gola? Telewizyjni komentatorzy powtarzają bezmyślnie wyświechtaną formułkę o „geście Garrinchy”, zapominając, że ów słynny brazylijski skrzydłowy wybił piłkę poza boisko właśnie wtedy, gdy zobaczył, że obrońca, którego miał akurat przedryblować, zwija się z bólu na ziemi. Wielkim piłkarzem zostaje się nie tylko dlatego, że doskonale opanowało się technikę i umie się mocno strzelać na bramkę. Jednym z sędziowskich kanonów – to drugi problem, który chcę dzisiaj poruszyć – jest jednakowe traktowanie wszystkich przewinień, niezależnie od miejsca przekroczenia przepisów. To fikcja, bo żaden arbiter nie przerwie gry na polu karnym po niewinnym często wzajemnym poszturchiwaniu się, co bywa przecież z całą surowością tępione na przykład w okolicach środkowej linii. Gorzej jednak, gdy tak samo traktuje się zamierzone faule po stracie piłki, skutecznie uniemożliwiające rozpoczęcie kontrataku. To przecież celowe nadużycie, świadome złamanie reguł, za co karą jest nagradzające w istocie winowajcę przerwanie gry i rzut wolny, który poszkodowanym nic nie daje. Stosowane w tej sytuacji określenie „faul profesjonalny” jest błędnie rozumiane, bo sugeruje fachowość i znajomość rzeczy, podczas gdy w istocie chodzi o faul z premedytacją, perfidny, w samym swoim zamyśle będący zaprzeczeniem idei sportowej rywalizacji. Z niesmakiem słuchałem telewizyjnego komentarza ligowego meczu Ruchu z Bełchatowem w minioną sobotę. Jego autor, znany ligowy trener, którego nazwiska ze względu na długą znajomość nie chcę wymieniać, chwalił wręcz piłkarzy za takie zagrania, widząc w nich twardość i nieustępliwość. Sam pewnie uczy takiej gry swoich podopiecznych. No cóż, profesjonalista... Jest jeszcze w boiskowej praktyce parę innych spraw, których można się czepiać. Jeżeli brutalnie sfaulowany zawodnik odepchnie albo uderzy faulującego rywala (jak Radzewicz z bytomskiej Polonii), to on z reguły wylatuje z boiska, a nie prowokator. Gdy goniąca wynik drużyna po bramce w ostatnich minutach chce szybko wznowić grę, żółtą kartkę dostaje piłkarz, który usiłuje odebrać piłkę bramkarzowi (jak Trytko z Arki w meczu z Lechią), a nie ten, który celowo wstrzymuje grę i ostentacyjnie gra na czas. Przeszkadzanie przy wykonywaniu rzutów wolnych też stało się już wręcz akceptowaną normą i zawodnik, który tego nie robi, naraża się na reprymendę od trenera i kolegów. Wystarczyła jedna ligowa kolejka, by zebrało się kilka przytoczonych wyżej przykładów. Dzisiejsze przepisy są znacznie obszerniejsze niż oryginalne „jedenaście punktów”, ale nawet najbardziej szczegółowy zapis nie ureguluje wszystkich boiskowych sytuacji. Dlatego samo ich przeczytanie nie wystarczy: nad każdym punktem trzeba się jeszcze zastanowić i pomyśleć, po co został wprowadzony. Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 17 • dodano 29-04-2009r. przez darek
© 2007 Tygodnik Kibica Wszystkie prawa zastrzeżone.
Liczba odwiedzin:915343