strona głównao tygodnikuredakcjaprenumeratakontaktforum

Zabytek klasy zerowej

Dziury w całym

Filipiak Wojciech
Co chwila słychać w Łodzi lament lokalnych patriotów, którym żal jest kolejnej rozbieranej pofabrycznej rudery. Nie rozumiem takiej filozofii – jedna „Manufaktura” wystarczy, ładnie jest na odrestaurowanym Księżym Młynie i w jego okolicach, warto też zostawić kilka charakterystycznych niegdyś dla Łodzi kominów, ale zamiast wielu innych budynków pozostałych po dawnych fabrykach wolałbym nowe obiekty i nie przekonuje mnie „piękno architektury przemysłowej”. To oczywiste, że powrotu do dawnych czasów nie będzie, tak jak nie da się uratować Stoczni Gdańskiej w jej dawnym kształcie. Skoro jednak fabrykę Poznańskiego przerobiono na „Manufakturę”, na gruzach imperium Scheiblera powstaje efektowne osiedle mieszkaniowe, a w obu przypadkach udało się zachować specyfikę, tradycję i klimat miejsca, to nic nie stoi na przeszkodzie, by rozpocząć działania i starania nad budową nowego oblicza stuletniego Łódzkiego Klubu Sportowego, najstarszej istniejącej nieprzerwanie organizacji i instytucji w Łodzi, bo nawet diecezja powołana została później. Wciąż słychać jednak tylko obietnice, roztacza się plany bez pokrycia, a szum medialny zamaskować ma brak konkretnych działań, co prowadzi prostą drogą do upadku klubu. Sporo w tym winy przede wszystkim samych działaczy ŁKS, nie od dzisiaj bez siły przebicia na zewnątrz, niezaradnych i bezradnych, uwikłanych w różnego rodzaju personalne rozgrywki. To, co się z tym klubem stało, jest jednak nie tylko winą obecnych czy poprzednich zarządów stowarzyszenia i współwłaścicieli spółki. Po to wybieramy swoich przedstawicieli do sejmu i samorządu, żeby oni w naszym imieniu rządzili. Nie administrowali, bo do tego wystarczy wykwalifikowany urzędnik z maturą, rządzenie polega bowiem na wprowadzaniu nowych idei, szukaniu innych rozwiązań w miejsce tych, które się nie sprawdziły, znajdowaniu środków na realizację założonych celów, a nie rozdawaniu pieniędzy, które „przyszły z rozdzielnika”. Miałem niedawno okazję uczestniczyć w posiedzeniu Komisji Sportu łódzkiej Rady Miejskiej, do której należy aż 17 radnych. Gdy się dowiedziałem, że jest to najliczniejsza komisja z kilkunastu istniejących, zażartowałem, że tym, którzy się do niej zapisali, chodziło o bezpłatne wejściówki na mecze. To nie był głupi żart – okazało się bowiem, że faktycznie chodzi o te wejściówki, zwłaszcza na mecze Widzewa, bo na posiedzenie na tematy istotne dla Łódzkiego Klubu Sportowego przyszło tylko sześciu radnych. Nie było kworum i komisja nie mogła oficjalnie zająć stanowiska. Do tego dyrektor do spraw inwestycji Urzędu Miasta wykazał się żenującą ignorancją w temacie, a wtórowała mu pani dyrektor Wydziału Sportu, która kompletnie nie zdaje sobie sprawy ze specyfiki tego wielosekcyjnego klubu, w którym dominują dyscypliny zespołowe. Największym orędownikiem ełkaesowskich spraw w Radzie Miejskiej jest były prezes i sponsor RTS Widzew Witold Skrzydlewski, który nie ukrywa swoich osobistych sympatii, ale rozumie, że istnienie ŁKS to sprawa ważniejsza od prywatnych upodobań. Nie jest zaskoczeniem odmowa przyznania Łódzkiemu Klubowi Sportowemu licencji na grę w Ekstraklasie. To przykra i surowa, ale sprawiedliwa decyzja, trudno się jednak dziwić ludziom z nim związanym, że próbują robić wszystko, by go ocalić. Trzeba im życzliwie kibicować – czy bardziej od biednego, poniewieranego przez los, polityków i media ŁKS na grę w Ekstraklasie zasługują Górnik, Cracovia i Arka, ze swoimi wielomilionowymi budżetami, wypchanymi portfelami na transfery i gażą dla trenera Kasperczaka w wysokości 20 tysięcy euro miesięcznie? Czy nie przemawia na korzyść ŁKS przykład Ruchu i bytomskiej Polonii, też cudem ułaskawionych w poprzednich latach, a teraz radzących sobie w elicie? O tym, jak wielki potencjał tkwi w tym klubie, świadczy nie tylko fakt, że w tym sezonie drużyna zajęła najwyższe miejsce od zdobycia mistrzostwa Polski w 1998 roku. Od lat w żadnym innym ligowym klubie nie ma tylu wychowanków, a przeganiana z miejsca na miejsce drużyna juniorów (boiska treningowe zabrano pod budowę hali) jest na pierwszym miejscu w lidze wojewódzkiej. Ten potencjał to większy kapitał niż sztuczne transfuzje, jakim poddawane są niektóre kluby. Czyżby ci, co dzisiaj się cieszą z tego upadku rywali, zapomnieli już, że – nie szukając daleko od stadionu przy alei Unii w Łodzi – dokładnie pięć lat temu Widzew też nie dostał licencji, a na dodatek spadł z ligi drogą czysto sportową, zajmując ostatnie miejsce, co zresztą udało mu się rok temu powtórzyć? Wykluczenie ŁKS z ligi to porażka całego miasta, a właściwie filozofii rządzenia w nim. Litują się w mieście nad rozwalającymi się pofabrycznymi ruderami, skoro jednak są ludzie, dla których ważny jest każdy ślad chwały dawnej Łodzi, to trzeba być konsekwentnym. Tymczasem na naszych oczach za wiedzą i przyzwoleniem władz, przy akompaniamencie radości i bezmyślnego rechotu części mieszkańców miasta oraz niektórych mediów, ginie autentyczny zabytek klasy zerowej.Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 22 • dodano 03-06-2009r. przez darek
© 2007 Tygodnik Kibica Wszystkie prawa zastrzeżone.
Liczba odwiedzin:915344