Do przerwy 0:1

Krótkie krycie
Mikus Dariusz JanNo to spełniły się marzenia Leo Beenhakkera i jego podopiecznych. Reprezentacja pojechała do Republiki Południowej Afryki - tyle że wcale nie na finały mistrzostw świata, ale na mecz towarzyski z przyszłymi gospodarzami tej imprezy. Biorąc pod uwagę dotychczasowe wyniki w grupie eliminacyjnej i grę w pierwszej odsłonie meczu z RPA, trudno nie dojść do wniosku, że w sposób oczywisty nasuwa się jeden wspólny mianownik: w obu przypadkach do przerwy wynik brzmiał: 0:1.
Tak było do przerwy - i to pozwalalo z odrobią optymizmu snuć podobne wizje w kontekście awansu do finałów. Niestety, grając przeciwko Południowym Afrykanom, drugie 45 minut wykonaliśmy równie bezsensownie jak poprzednie. Gdyby, per analogia, odnieść to do wyników w nadchodzącej decydującej fazie walk o awans do finałów MŚ, to szans nie mamy... Mało tego, możemy się spodziewać kilku kolejnych porażek.
Leo Beenhakker powinien przeczytać sobie polską lekturę „Kto mi dał skrzydła”, aby zrozumieć, czego mu najbardziej w grze kadry brakuje. Chociaż czy najbardziej dotkliwym mankamentem jest nieumiejętność gry flankami?
Patrząc na mecz z perspektywy czasu, należy stwierdzić, iż u podłoża afrykańskiego niepowodzenia leży totalna nieumiejętność gry pozycyjnej. Nasi zawodnicy przy rozgrywaniu piłki zachowywali się niczym przestraszona gromadka dzieci we mgle.
Główny przewodnik zastępu - druh Roger - najwyraźniej w świecie zgubił kompas i podążał pod bramkę rywala podaniami do tyłu. Inni też nie byli lepsi... Co dziwne, rywale Polaków zaskoczyli mnie całkiem niezłym przygotowaniem technicznym i autentyczną ochotą do grania nowoczesnego futbolu, z pierwszej piłki. Inna sprawa, że nikt im specjalnie w tym nie przeszkadzał - albo inaczej, nasi gracze nie bardzo byli w stanie zrobić cokolwiek, aby rywalom utrudnić efektowną grę. A przecież tamci nie zagrali jakiegoś fantastycznego meczu i jak najbardziej byli do ogrania.
Teraz trzeba będzie zapytać trenera polskiej kadry, skąd wzięły się jego peany na temat doskonałej atmosfery w zespole, pełnej mobilizacji i wręcz zachwycającego zaangażowania graczy? Jakoś na boisku nie było tego za bardzo widać...
Pewnie wszystko to jest wymysłem dziennikarskiej sfory, która miast opisywać kolejne sukcesy w budowaniu sławy i chwały Feyenoordu, przypinają łatki Bogu ducha winnemu szkoleniowcowi. Człowiekowi równie oddanemu polskiej piłce, jak ostentacyjnie wręcz skromnemu.
Leo w swej dumie zapomniał zapewne, że naszych rywali nie da się wcale obłaskawić bananem i nie miał pojęcia, że chłopcy z europejskim żelem we włosach nie sprostają facetom w dredach. Po efektownych zwycięstwach z rywalami pokroju San Marino czy Wysp Owczych zaryzykowaliśmy mecz z nieco lepszymi słabeuszami.
Teraz zostaje nam już tylko Papua Nowa Gwinea albo Polinezja...Dariusz Jan Mikus
Tygodnik Kibica nr 23 • dodano 10-06-2009r. przez darek