Mnożenie bytów

Dziury w całym
Filipiak WojciechW zestawieniu z innymi drążącymi obecnie polski futbol chorobami ta akurat jest mało groźna i szkodliwa, ale od czasu do czasu powoduje gorączkę. Ostatnio od jej ukąszenia ucierpiał piłkarski prestiż Białegostoku.
Namnożyło nam się otóż piłkarskich bytów ponad potrzebę. Mamy po dwa kluby o nazwie Arka, Jagiellonia, Górnik Zabrze, Ruch Chorzów i czasem jest im za ciasno. Jagiellonia na przykład przegrała właśnie walkowerem rywalizację o mistrzostwo Polski juniorów, bo czujni rywale z Arki wykryli, że w jej drużynie zagrał zawodnik występujący już w zespole seniorów w Ekstraklasie. Samo to nie jest zabronione (w Arce też zresztą był taki), ale formalnie Jagiellonia seniorska i juniorska to dwie odrębne organizacje, z osobnymi zarządami i z innymi źródłami finansowania. W Gdyni akurat struktura organizacyjna jest podobna, dlatego tam szybko zorientowano się w czym rzecz i po porażce na boisku sięgnięto po ten regulaminowy argument, by wywalczyć awans do finału, w którym Arka zajęła trzecie miejsce, za Zagłębiem Lubin i Lechem.
To kolejny przykład sprzeczności związkowych przepisów. Z jednej strony dla celów licencyjnych uznaje się odrębnie działające sekcje młodzieżowe za „rezerwy” klubu ligowego, z drugiej zabrania się zawodnikom grać i tu, i tu. Przepisy są tak zagmatwane, że interpretuje się je zależnie od potrzeb. Gdy trzeba wykazać się prowadzeniem zespołów młodzieżowych, Legia (spółka Mariusza Waltera) chętnie przyznawała się do juniorskich drużyn CWKS, choć kiedy indziej nie chciała mieć z tą drugą Legią nic wspólnego. Tak samo jest w wielu innych klubach, gdzie problem „razem czy osobno” rozstrzyga się tak jak akurat wygodniej. Utalentowany junior Fidziukiewicz wiosną dość często pojawiał się na boisku w zespole Jagiellonii w meczach Ekstraklasy. Teraz wzmocnił drużynę swoich rówieśników, bo taka była potrzeba. Z kolei bywa też, że działacze klubów młodzieżowych zabiegają w redakcjach, by podkreślać ich odrębność, zwłaszcza w przypadku sukcesów, chcąc w ten sposób „zapunktować” u sponsorów i u władz.
Bo oczywiście chodzi tu przede wszystkim o pieniądze. Władze lokalne mogą finansować sport młodzieżowy, niechętnie natomiast wchodzą w spółki z przedsiębiorcami prowadzącymi zawodowe drużyny ligowe. Ci z kolei wolą wydawać swoje pieniądze na gwiazdy w złudnym przeświadczeniu o szybkim zwrocie inwestycji, a szkoleniem nie mają zamiaru się bawić. Do tego dołóżmy jeszcze lokalne ambicje i kłótnie działaczy i trenerów, a uzyskamy koktajl, może nie od razu wybuchowy, ale na pewno ciężkostrawny. Czy ktoś zastanowił się na przykład, jakie ponosi się straty szkoleniowe, gdy nie można rozsądnie „ogrywać” młodych piłkarzy, tylko trzeba ich regulaminowo „kisić” w swoim roczniku, choć umiejętnościami z niego wyrastają? ŁKS na przykład w roku 1984 zdobył mistrzostwo Polski juniorów, wystawiając na decydujące mecze czterech piłkarzy pierwszoligowej kadry. Byli to Jarosław Bako, Jacek Ziober, Juliusz Kruszankin i mniej znany w tym towarzystwie Jacek Hołoś. Oni nie musieli już na co dzień grać z rówieśnikami, chociaż wiekowo byli jeszcze juniorami i mieli prawo reprezentować swój klub w walce o mistrzostwo. Teraz w przypadku większości klubów jest to niemożliwe, bo awans do drużyny seniorów sprawia, że nie ma już powrotu.
Paradoksów (lepiej byłoby napisać po prostu – bzdur) jest pełno. Grozi nam, że w ekstraklasie koszykarzy grać będą w najbliższym sezonie dwie Polonie z Warszawy, bo ta druga, juniorska, tak się rozpędziła, że wywalczyła awans do ligi, w której jest już jeden zespół o tej samej nazwie. Nastała teraz moda na powoływanie „akademii piłkarskich” przy klubach. Teoretycznie w jednej klasie rozgrywkowej mogą się więc wkrótce spotkać trzy zespoły o nazwie ŁKS: drużyna spółki, stowarzyszenia (to jeszcze jeden regulaminowy dziwoląg i anachronizm) i owej akademii. W Zabrzu działa Górnik SA i MSPN Górnik, w Chorzowie istnieje Ruch SSA i UKS Ruch, i doszło już nawet do tego, że rozgrywać można lokalne derby w stanie idealnie czystym, bo jeden Ruch i drugi grają w tej samej śląskiej lidze juniorów. Cały potencjał idzie w szukanie sposobów pozyskiwania (a czasem i zarabiania, bo może to być interes całkiem dochodowy) pieniędzy, ale o tym, jaki pożytek ma z tego futbol w Zabrzu, Chorzowie i gdzie indziej, widać po wynikach tych drużyn w tabeli, a jeszcze lepiej – po liczbie wychowanków, którzy trafiają do ligowych drużyn.Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 28 • dodano 15-07-2009r. przez darek