strona głównao tygodnikuredakcjaprenumeratakontaktforum

Piłkarska ojczyzna

Dziury w całym

Filipiak Wojciech
Pojęcie piłkarskiej ojczyzny jest bardzo szerokie. Przepisy dotyczące uprawnienia do gry w reprezentacji narodowej są coraz bardziej liberalne – i my mieliśmy przecież w naszej kadrze Emmanuela Olisadebe. Najwcześniej z tym problemem zetknęli się Brytyjczycy, bo tam z całej masy zawodników klubów przede wszystkim angielskich (w mniejszym stopniu szkockich) trzeba było wyłowić Walijczyków, Irlandczyków i grających poza swoją ojczyzną Szkotów. Początkowo decydowało miejsce urodzenia, potem wystarczało mieć rodziców urodzonych w danej części Zjednoczonego Królestwa, wreszcie rozszerzono ten przepis i na dziadków. Bywa i tak, że piłkarz ma do wyboru, w jakiej reprezentacji chce grać, z czym stykamy się dość często w przypadku Polaków z Niemiec. Rekordzistą pod tym względem był chyba Owen Hargreaves, były piłkarz Bayernu Monachium, obecnie Manchesteru United: miał obywatelstwo kanadyjskie, z racji miejsca urodzenia rodziców i dziadków mógł wybrać sobie jedną z czterech reprezentacji brytyjskich, a ponieważ przebywał w Niemczech wystarczająco długo, nie miałby też kłopotów z uznaniem go za piłkarskiego Niemca. To dlatego szybko powołano go do reprezentacji Anglii (nawet jeszcze zanim stał się Anglikom rzeczywiście potrzebny), by zablokować ewentualne powołania od innych. Mobilność społeczna jest dzisiaj tak duża, że mało kto przeżywa całe życie w miejscu, gdzie się urodził. Nie chcę już wracać do przykładu reprezentacji Francji, w której rodowitych Francuzów doszukać się można z trudem (nawet Zidane wywodzi się z Algierii), postanowiłem więc spojrzeć pod kątem na składy polskich zespołów ligowych. Analizując przedsezonowe „skarby kibica” i podane tam przy nazwiskach poszczególnych zawodników nazwy ich pierwszych klubów, stwierdziłem to, co... odczuwamy wszyscy intuicyjnie: im klub wyżej w klasyfikacji, tym mniej w nim piłkarzy z danego regionu kraju, nie mówiąc już o wychowankach, bo tych można już zaiste policzyć na palcach. I tak GKS Bełchatów ma w szerokiej klubowej kadrze trzech zawodników, którzy wywodzą się z regionu łódzkiego, Legia – tylko dwóch z Warszawy i Mazowsza, Wisła i Zagłębie Lubin – po pięciu (w przypadku klubu z Lubina wziąłem pod uwagę cały Dolny Śląsk). W Koronie nie ma nikogo, kto reprezentowałby województwo świętokrzyskie (pochodzący z Radomia Rutka i Sasin na pewno by się do takiej proweniencji nie przyznali), co nie oznacza oczywiście, że ten region nie daje krajowi dobrych zawodników – że wymienię choćby Kamila Kosowskiego czy braci Brożków. Cały środek krajowej hierarchii to po 7-8 „swoich” zawodników w składzie - całkiem nieźle prezentuje się w tym towarzystwie Dyskobolia, bo w Grodzisku gra ośmiu wielkopolan, więcej niż w reprezentacyjnym klubie regionu – Lechu (7). W Sosnowcu gra dziesięciu piłkarzy ze Śląska i z Zagłębia, w ŁKS i Odrze Wodzisław – po 11 z danej okolicy (jeżeli doliczyć kilku Czechów z Ostrawy, to nawet więcej), w Polonii Bytom – 13, a w Cracovii aż 16 piłkarzy z Małopolski, co stawia ten klub w pozycji wyjątkowej i na co powinni zwrócić uwagę krakowscy kibice. Gdyby nagle ktoś nakazał wszystkim zawodnikom wrócić do macierzystych klubów, obraz polskiej piłki byłby całkiem inny niż obecnie. Obiecuję, że w wolnej chwili dokonam takiej symulacji – porównania sił hipotetycznej reprezentacji Mazowsza i Małopolski na przykład. Kraków wystawiłby do bramki Cabaja, Warszawa musiałaby na tej pozycji sięgnąć po... Przyrowskiego (chyba że udałoby się ściągnąć ze Szkocji Boruca). Widać z takiego zestawienia, z jaką determinacją młodzi ludzie z małych klubów pną się w górę. Przyciągają wielkie kluby, wielkie miasta, lepsze możliwości szkoleniowe. Liczy się oczywiście talent, ale równie ważna jest wytrwałość, co widać choćby po Łukaszu Gargule, który po nieudanej przygodzie we Wrocławiu nie skapitulował i nie utknął w rodzinnej Iłowie. Wydaje się zresztą, że przyjezdni mają większe szanse na rozwój, bo nikt im nie podaje niczego na tacy i sami muszą walczyć o swoją pozycję w nowym środowisku. No i przecież potwierdzonym zjawiskiem socjologicznym jest to, że ryzyko wędrówki na nowe terytoria podejmują jednostki najodważniejsze, najbardziej zdeterminowane. Ładnie jest mieć w zespole swoich wychowanków, ale sportową klasę zapewnić może właśnie „świeża krew”. Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 37 • dodano 12-09-2007r. przez darek
© 2007 Tygodnik Kibica Wszystkie prawa zastrzeżone.
Liczba odwiedzin:915344