strona głównao tygodnikuredakcjaprenumeratakontaktforum

Nie dla „mleczarzy”

Dziury w całym

Filipiak Wojciech
W łódzkiej rozgłośni Polskiego Radia, gdzie przez wiele lat pracowałem, zmiany w zarządzie następowały dość często. Swoją pulę posad do objęcia ma przecież każda partia, tak więc po kolejnych wyborach zjawił się człowiek z PSL, który miał objąć stanowisko wiceprezesa zarządu. Spotkałem się z nim po paru dniach od objęcia stanowiska. Zaoferowałem pomoc w rozeznaniu problemów, z jakimi spotykaliśmy się w pracy, chciałem podpowiedzieć i zasugerować kilka rozwiązań. „Ja już wszystko wiem” - odparł zniecierpliwiony wiceprezes, którego poprzednią posadą było kierowanie spółdzielnią mleczarską. Kiedy nieśmiało poddałem w wątpliwość jego radiowe kompetencje, stwierdził tonem wykluczającym jakąkolwiek dyskusję: „Ja jestem menedżerem i dla mnie to wszystko jedno - radio czy mleczarnia”. Nie będę ukrywał, że złośliwie rozpowiedziałem treść tej rozmowy wszystkim kolegom w rozgłośni i ów „menedżer” znany był od tego czasu pod ksywką „Mleczarz”. Na szczęście niewiele zdążył zepsuć, bo konstelacja polityczna zmieniła się szybko. Jego miejsce zajął ktoś inny i nawet nie wiem, czym ów „Mleczarz” teraz kieruje. Pamiętam, że jeden z jego poprzedników ze stanowiska wiceprezesa radia przeszedł na posadę dyrektora szpitala. „Mój mąż, proszę pana, z zawodu jest dyrektorem” - cytat z filmu „Poszukiwany, poszukiwana” nadal jest w pełni aktualny. Ze sportem cała ta sytuacja ma tyle wspólnego, że niedawno klub Zagłębie Lubin dał do gazety ogłoszenie o... poszukiwaniu prezesa. Wśród warunków, jakie powinien spełniać kandydat, nie doczytałem się jednego - znajomości sportu, jego ducha i niuansów, wreszcie zamiłowania i pasji. Decydować miały przede wszystkim umiejętności menedżerskie i staż pracy na kierowniczych stanowiskach. Mleczarnia, masarnia czy klub sportowy - wszystko jedno. Akurat Zagłębie można uznać za prekursora tego trendu, bo jeden z poprzednich prezesów Robert Pietryszyn publicznie opowiadał, że na sporcie się nie zna i swoją ignorancją na tym polu wręcz się chełpił. Teraz prezesem w Lubinie już nie jest, nie będę go więc oceniał, bo efekt jego pracy nie jest jednoznaczny: z jednej strony korupcyjna degradacja drużyny, z drugiej - doprowadzenie do wybudowania nowego stadionu. Nie o to jednak chodzi, a o sam styl dobierania osób do kierowania klubami. To może akurat najmniej ważne, ale razi mnie sama kwestia nazewnictwa. To, co teraz leży w kompetencji prezesa zarządu, kiedyś wykonywał dyrektor klubu. Prezes to funkcja honorowa - od razu kojarzy się z wąsatymi panami z przedwojennych zdjęć albo z fotografiami partyjnych i gospodarczych notabli na łamach wydawnictw poświęconych historii klubów. Kiedyś byli to z reguły dyrektorzy największych przedsiębiorstw w regionie, wcześniej nawet wojewodowie i prezydenci miast. W przeciwieństwie do wielu innych funkcji, do pełnienia tej nie trzeba było specjalnie namawiać, bo dawała i prestiż, i osobiste zadowolenie. Wystarczyło, by prezes był po prostu kibicem, a o tym, co zrobić i jak, decydowali jego zaufani współpracownicy do spraw merytorycznych. Biznesowa nomenklatura pokonała ducha języka polskiego - całe szczęście, że szefów spółek nie nazywa się wręcz prezydentami, ale tylko swojskimi w końcu, ale nie w tym znaczeniu, prezesami. ŁKS miał w ciągu ostatniego roku trzech prezesów. Jeden nie wiedział, kto to jest Wyparło i dziwił się, dlaczego na pogrzeb jakiegoś trenera klub kupił tak drogi wieniec (a chodziło o Leszka Jezierskiego), zaś jedynym tytułem do jego zatrudnienia na tym stanowisku była znajomość z ówczesnym właścicielem spółki, którego interesów miał pilnować. Drugi sam był w przeszłości sportowcem (zawodnikiem i trenerem), miał do kierowania przygotowanie teoretyczne (doktorat z ekonomii), ale też wiele nie zdziałał, co akurat przeczy lansowanej w moim dzisiejszym felietonie tezie, ale może być uznane za wyjątek potwierdzający regułę. Trzeci, którego niedawno odwołano, zaczął od przyznania sobie i kilku swoim znajomym, których nikt nie znał i w klubie nie widział, wysokich pensji i na dobrą sprawę na tym skończył, bo starania o uzyskanie licencji zakończyły się jego kompromitacją i doprowadzić mogły do upadku klubu. Jego zawodowy życiorys był obszerny - ITI, Polsat, inne znane firmy. Za późno zorientowano się, że zbyt obszerny, bo gdyby pracował dobrze, nie pozbywano by się go tak szybko. Kolejny zawodowy menedżer - pensja 20 tysięcy miesięcznie przez pół roku i znów można szykować spadochron do skoku na kolejne stanowisko. Może być w mleczarni. Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 29 • dodano 22-07-2009r. przez darek
© 2007 Tygodnik Kibica Wszystkie prawa zastrzeżone.
Liczba odwiedzin:915344