Licencje czy wolny rynek

Dziury w całym
Filipiak WojciechNiezależnie od tego, jak skończy się batalia ŁKS o odzyskanie licencji na grę w Ekstraklasie, wiemy już, że cały tworzony z trudem system nie wart jest funta kłaków. O ile szybko i sprawnie udało się wyegzekwować wymogi dotyczące obiektów, to już z kwestiami organizacyjno-finansowymi idzie jak po grudzie. A to dlatego, że zajmują się tym amatorzy, nie fachowcy.
Przypadki Ruchu i Polonii Bytom z poprzednich lat niczego działaczy związku i poszczególnych klubów nie nauczyły. Wprost przeciwnie – były demoralizujące. Pokazywały, że przepisy zawsze można nagiąć w swoją stronę: jednym z argumentów ŁKS obecnie jest właśnie fakt, że po wielu odwołaniach i naciskach tamtym klubom licencje w końcu przyznano. Argument drugi – też mało merytoryczny, bo przecież nie o ścisłe przestrzegania zasad tu chodzi – to daleko idąca elastyczność komisji.
Przykładów owej elastyczności jest tyle, że nie można mówić o przypadkach i pomyłkach. Oto Cracovia, klub akurat bardzo mocno popierający decyzję o wykluczeniu ŁKS, bo żywotnie takim rozstrzygnięciem zainteresowany, nie przedstawiła formalnej umowy o wypożyczeniu stadionu w Sosnowcu, a tylko niezobowiązującą promesę, czyli... obietnicę. Teraz w Sosnowcu rozmyślili się i Cracovia na gwałt szuka miejsca do grania. Lechia Gdańsk szczerze przyznała, że nie jest w stanie spłacić w terminie swoich długów i zamiast planu finansowego przysłała harmonogram znów odraczanych spłat należności, co komisja licencyjna z całą powagą uznała za dobrą monetę. Polonia Bytom chce swój budżet oprzeć na dochodach ze sprzedaży napojów orzeźwiających i piwa pod klubową marką, co w przypadku ŁKS akurat zakwestionowano. Prezes Ruchu otwarcie mówi w przypływie szczerości, że nie stać go już na finansowanie drużyny ligowej (Ruch jako jedyny klub z Ekstraklasy nadal nie ma też podgrzewanej murawy). GKS Katowice rozstał się z Centrozapem, który miał zapewnić pieniądze na ten sezon, na szczęście już po przyznaniu licencji na podstawie samych obietnic. Papierek jest, więc nikt się już teraz nie zastanawia, jaka jest wiarygodność nowego sponsora, znanego w kręgach gospodarczych z jak najgorszej strony. Co do lubelskiego Motoru, to sama komisja przyznała, że nie ma dobrego zdania o jego możliwościach finansowych i organizacyjnych, ale „będzie im się dokładnie przyglądać”. To tylko kilka konkretnych przykładów, a skądinąd wiadomo, że nagminne jest dołączanie do wniosków licencyjnych nieweryfikowalnych umów sponsorskich, o których z góry wiadomo, że nie będą realizowane, a rzeczywistą spłatę zaległości, na przykład wobec ZUS i urzędów skarbowych, zastępuje się często zaświadczeniem o braku zadłużenia, wynegocjowanym poprzez odłożenie terminu spłaty na bliżej nieokreśloną przyszłość. W efekcie licencji nie dostały w tym sezonie tylko te kluby, które się o nie w ogóle nie starały, oraz... ŁKS, który wniosek sporządził wyjątkowo nieudolnie.
Toż to przecież karykatura zawodowej ligi, jaką miała stać się nasza Ekstraklasa. Co do infrastruktury – nie ma kompromisu, bo faktycznie, czas gry na pastwiskach dawno się skończył, tak jak wygrana już została „bitwa o handel” z łóżek polowych, „szczęk” rozkładanych na głównych ulicach miast i stadionowych bazarów. Nie ma już pytania „gdzie gramy?”, a na pytanie „za ile gramy?” odpowiedzieć musi sobie każdy z osobna. Żadne przepisy nie regulują bowiem płacy minimalnej w futbolu i nie zabraniają rywalizacji zawodowców z amatorami. Naiwne mniemanie, że koncesjonowanie i licencjonowanie wszystkiego załatwi każdy problem, stoi w jawnej sprzeczności z gospodarczym liberalizmem i wolnym rynkiem, także piłkarskim. Klub, który sobie nie poradzi, wcześniej czy później upadnie, a zadecyduje o tym publiczność, wyniki z boiska i przede wszystkim fachowcy od finansów. Dlaczego zadufany w sobie futbol uparcie nie chce brać przykładu z innych dyscyplin? Żadna zawodowa ekipa kolarska nie dostanie zgody na udział w zawodowych wyścigach, jeśli nie przedstawi gwarancji bankowej. Bo to bank powinien sprawdzać wiarygodność finansową i gwarantować ją udzielanym kredytem. Tam na pewno znają się na tym lepiej niż panowie z komisji licencyjnej. Nieważne, czy pełni naiwnych reformatorskich ambicji, które kładziono im do głów na fakultetach zarządzania, czy tylko koniunkturalnie czujni.
Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 30 • dodano 29-07-2009r. przez darek