Ukradzione gole

Dziury w całym
Filipiak WojciechSędziom piłkarskim, i tak już w wielu przypadkach nieradzącym sobie z obowiązkami na boisku, dołożono jeszcze jedno zadanie: mają ustalać i wpisywać do protokołu nazwiska zdobywców bramek. Z całym szacunkiem, ale to przekracza ich kompetencje.
Do niedawna nie było nawet w sprawozdaniu sędziowskim rubryki „zdobywcy bramek”, a obowiązkiem sędziego było tylko zamieszczenie w nim końcowego wyniku oraz opisanie nakładanych kar i poważniejszych kontuzji,odniesionych przez piłkarzy. Zdarzało się, że arbiter pytany o nazwisko strzelca gola, odpowiadał: „Nie wiem, i wcale mnie to nie interesuje, bo moim zadaniem jest tylko stwierdzenie, czy bramka została zdobyta prawidłowo”. W dawnych prasowych relacjach z meczów trudno wręcz ustalić nazwisko strzelca, bo piłka nożna jest wszak dyscypliną zespołową i liczy się wysiłek całego zespołu, a nie jednostki. Najdłużej wytrzymali Anglicy, bo jeszcze kilkanaście lat temu o tym, kto strzelił gole, można się było dowiedzieć tylko z opisów bramkowej akcji, a tak zwana „główka”, czyli ta część prasowej relacji, w której pomieszczone są podstawowe dane dokumentacyjne, zawierała jedynie składy drużyn.
Oficjalnie nie prowadzono też żadnych „list strzelców”, a rozbieżności między różnymi archiwalnymi źródłami są spore. Piłkarscy dokumentaliści mają więc pole do popisu, bo przecież kiedyś nie nagrywano każdego ważniejszego meczu jak teraz, a na podstawie samych opisów czy też opowieści naocznych świadków stuprocentowej pewności w wątpliwych przypadkach nie ma. Przypomnę jeszcze, że nie było żadnej oficjalnej nagrody dla króla strzelców mistrzostw świata czy też naszej ligi, dlatego pretensje do organizatorów mistrzostw w 1972 roku, że zlekceważyli Grzegorza Latę, który strzelił w finałowym turnieju siedem goli, są absolutnie nieuzasadnione.
Ponieważ jednak gazety liczą gole skrupulatnie, pomysł ujednolicenia i zunifikowania takiej klasyfikacji (mam na myśli teraz naszą Ekstraklasę) jest całkiem sensowny. Ale - na Boga - nie obarczajmy tym zadaniem sędziów, zwłaszcza gdy w wątpliwych przypadkach mamy narzędzie, przed którym piłkarskie władze bronią się rękoma i nogami - zapis elektroniczny. Jeżeli są wątpliwości, a najważniejsze gazety podają różne nazwiska, w akcję wkraczać powinna - owszem - Ekstraklasa SA jako organizator rozgrywek, wydając oficjalny i wiążący wszystkich werdykt po obejrzeniu i przeanalizowaniu zapisu wydarzenia.
Błędne decyzje sędziego - jak się okazuje - mogą nie tylko pozbawić drużynę zasłużonych punktów, ale i okraść piłkarza z gola. Adrian Paluchowski z Legii strzelił na przykład Zagłębiu Lubin trzy gole, tymczasem zaliczono mu tylko dwa, bo sędzia wymyślił sobie, że trzeci był samobójczy. Tu dochodzimy do innego problemu - interpretacji całej akcji. W moim rozumieniu zdobywcą bramki jest piłkarz, którzy strzela w kierunku bramki, bo to przecież jego zasługa, a nie kolegi, który przypadkowo dostał piłką w plecy czy w nogę, ani nie rywala, który chcąc ratować beznadziejną sytuację, „dopchnął” za linię piłkę, która i tak za chwilę miała ją przekroczyć (tak było w przypadku zakwestionowanego gola Paluchowskiego). Młody zawodnik Legii ma jeszcze za małą siłę przebicia, by się upomnieć „o swoje”, ale tego gola może mu kiedyś zabraknąć przy podsumowaniu dorobku kariery, jak w wielokrotnie opisywanym przypadku Tomasza Wieszczyckiego, który ma „oficjalnie” (ale przecież też tylko umownie) 99 goli na koncie, chociaż faktycznie strzelił sto. Z tymi samobójczymi bramkami jest zresztą największy kłopot, a znakomicie poradzili sobie z nim hokeiści, którzy w takich przypadkach zaliczają bramkę ostatniemu zawodnikowi drużyny atakującej, jaki był przy krążku. Dlaczego inne dyscypliny muszą zawsze być mądrzejsze niż pewny swego i przemądrzały futbol.
Ludovic Obraniak z kolei dostał na starcie swojej reprezentacyjnej kariery jednego gola na kredyt. Bramkę w meczu z Grecją po strzale Wasilewskiego zaliczono na jego konto tylko dlatego, że… jest to ładna historia na pierwszą stronę. W pierwszej chwili jako strzelca ogłoszono przecież właśnie Wasilewskiego, bo rykoszet od nogi Obraniaka można było dostrzec dopiero w telewizyjnej powtórce.
Jak można w takich sytuacjach wierzyć sędziom? Ostatnio w meczu Widzew - ŁKS arbiter odgwizdał spalonego i nie uznał gola, bo nie zauważył, że atakujący zawodnik przejął piłkę zagraną przez przeciwnika. Dlaczego mamy więc wierzyć, że w podbramkowym tłoku dokładnie wypatrzy, czyja noga „skierowała piłkę do siatki”?
Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 33 • dodano 19-08-2009r. przez darek