Sport uczy pokory

Dziury w całym
Filipiak Wojciech„Faworyt ma to do siebie, że lubi przegrywać” - powiedział kiedyś Kazimierz Górski, dając tym samym kolejny wkład do skarbnicy swoich porażających bezwzględną logiką złotych myśli. Rozbudowując to twierdzenie dodać trzeba, że do roli faworyta nie można się zanadto przyzwyczajać, no i pamiętać trzeba, że w sporcie cuda się zdarzają.
Z takimi klubami jak Polonia Bytom, Odra Wodzisław, Piast Gliwice, Ruch Chorzów, Jagiellonia nie wiąże mnie nic poza bezinteresowną sympatią, a w rankingu moich kibicowskich upodobań zajmują one miejsca co najwyżej w “stanach średnich”. Nie można jednak nie dostrzec i nie docenić faktu, że w minionej kolejce ligowej cała ta wymieniona piątka odniosła zwycięstwa, i to nad zespołami klasyfikowanymi (albo tylko ocenianymi) wyżej. O tym, że nie był to przypadkowy wybuch formy, świadczy fakt, że drużyny te rozpoczęły bieżący sezon dobrze, albo wręcz bardzo dobrze: Polonia i Ruch dzielą trzecie miejsce w tabeli, Odra jest siódma, Piast ósmy, a gdyby nie balast karnych punktów Jagiellonia byłaby druga, tylko za Wisłą!
Nasuwa się przewrotne pytanie - co jest ważniejsze w piłce nożnej: porządek w papierach i w kasie, luksusowy stadion czy też piłkarskie umiejętności zawodników, ich technika, siła i wytrzymałość w połączeniu z taktycznym zmysłem trenera? Ważne są oczywiście wszystkie te czynniki, ale dopóki kluby ekstraklasy działać będą w takich warunkach, jak obecnie, sportowego wysiłku lekceważyć nie można, a na sukcesy takich drużyn patrzeć trzeba z podziwem i mówić o nich bez protekcjonalnego tonu.
Tymczasem nawet sportowe dzienniki, mające największy wpływ na opinię kibiców w szerokiej masie, zastanawiają się głośno, komu potrzebne są takie kluby jak Odra, Polonia, Piast czy GKS Bełchatów, których mecze ogląda na własnym boisku 2-3 tysiące widzów. To niebywała arogancja ze strony autorów, którzy zapominają, że życie sportowe toczy się nie tylko na wielkich stadionach, a ciekawe rzeczy dzieją się i tam, gdzie nie można już zajrzeć z okien warszawskiej redakcji. “Tego się nie da oglądać w telewizji” - piszą krytykanci. Niech to powiedzą tym, co przychodzą na te pogardzane stadiony i mają swoje chwile radości. Ich interesuje własna drużyna, a nie medialne biznesy.
Wisła, Lech, Legia, Polonia - taki skład czołówki, w praktyce niezmieniający się od kilku lat, już nam się szczerze mówiąc znudził. Kluby, w które pompuje się pieniądze, które żonglują nazwiskami rodzimych gwiazd, stwarzając wrażenie, że w stanie ściągnąć każdego z polskiej ligi, na dobrą sprawę w ciągu ostatniego dziesięciolecia niczego w europejskim futbolu nie osiągnęły, może tylko z wyjątkiem Amiki i potem Lecha z pieniędzmi z fabryki we Wronkach, bo te drużyny w fazie grupowej Pucharu UEFA jednak zagrały, a i w tym roku jest szansa na awans do Ligi Europy.
Tymczasem Ruchu, bytomskiej Polonii i Piasta nie powinno już w ogóle być w ekstraklasie, gdyby rok i dwa lata temu tak skrupulatnie przestrzegano przepisów licencyjnych, jak w przypadku ŁKS tego lata. W myśl zasady “co nas nie zabije, to nas wzmocni”, kluby te poradziły sobie z kłopotami i nie siląc się na stwarzanie pozorów bogactwa zmontowały dobre drużyny z zawodników, którzy w większości przypadków zdobywają dopiero “nazwisko”. Bramkę dla Piasta w meczu w Bełchatowie strzelił na przykład Daniel Iwan, 20-letni wychowanek tego klubu, radzący sobie tego dnia z piłką znacznie lepiej niż niedoszłe, a już trochę zmanierowane ciągłym medialnym rozpieszczaniem gwiazdki z Bełchatowa.
O tym pewnie nie ma we współczesnych podręcznikach marketingu i zarządzania, ale dużą rolę w ostatnich dobrych wynikach niektórych drużyn odgrywa atmosfera w zespole. Tam nikt od nikogo nie wymaga cudów, stawia się cele, będące w zasięgu możliwości zespołu i poszczególnych zawodników, nie ma zatem napięcia i pętającego nogi i psychikę obciążenia.
Nie łudzę się, że Polonia Bytom, Odra, Piast czy nawet Jagiellonia zostaną w najbliższych sezonach mistrzami Polski. Do osiągania takich wyników faktycznie potrzeba określonych środków, obiektów i metod organizacyjnych. Ale nie godzę się na ich lekceważące traktowanie przez fachowców, bo to też są przecież drużyny ekstraklasy!
Krąży w piłkarskim środowisku ironiczny dowcip: gdy po atomowej zagładzie życie na Ziemi przestanie istnieć, uratują się tylko karaluchy (te owady są ponoć najbardziej odporne) i Odra Wodzisław w ekstraklasie. Wbrew zamysłowi autora tego powiedzenia jest to dla takiego klubu wielki komplement.
Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 34 • dodano 27-08-2009r. przez darek