Pozamykać wreszcie te okna

Dziury w całym
Filipiak WojciechCałe szczęście, że to już 1 września. Nie oznacza to, że tęsknię za szkołą, nie cieszę się też z tego, że dla uczniów to koniec wakacji. Westchnienie ulgi wywołuje fakt, że przez najbliższych kilka miesięcy (tylko do stycznia, niestety) nie będzie się trzeba przebijać przez gąszcz informacji dotyczących transferów i odsiewać spekulacje, menedżerskie pseudoprzecieki i zwykłe zmyślenia od istotnych i sprawdzonych faktów.
Krążące w powietrzu prawdziwe i wirtualne pieniądze przyćmiewają nam wzrok i nie dostrzegamy na przykład, że przez te szeroko otwarte okna transferowe wyleciały po raz kolejny pucharowe szanse polskich zespołów klubowych. Podczas gdy kluby faktycznie myślące o pucharowej karierze wzmacniają się przed europejską batalią, nasze „eksportowe” zespoły myślą przede wszystkim, jak wypchnąć za granicę swoich najlepszych piłkarzy. Warszawska Polonia sprzedała Anglikom Majewskiego, a Przyrowski i Ivanovski w przerwach między meczami eliminacyjnymi jeździli „na testy”. Lech upchnął korzystnie Murawskiego Rosjanom, zaś przed najważniejszym w tym sezonie rewanżem w Brugii skutecznie zawrócono głowę Lewandowskiemu mrzonkami o 8-milionowym transferze, co okazało się wiadomością ewidentnie manipulowaną. Kto za tym stoi i co się za tym kryje? - chciałoby się zapytać słowami klasyka. Ci, co takie informacje puszczają do medialnego obiegu, powinni się puknąć w czoło i przeanalizować swoje dziennikarskie predyspozycje, bo łatwowierność nie jest pożądaną cechą w tym zawodzie (zbyt zażyła znajomość z menedżerami też nie).
Wręcz żenujące są wysiłki zmierzające do wysłania za granicę Piotra Brożka. Przewiduję, że nawet jeśli się to przy najbliższej okazji uda, to król strzelców z Wisły i tak furory za granicą nie zrobi - nie ta mentalność, nie ten charakter. Niestety, on sam uwierzył już chyba, że „prawdziwą” karierę może zrobić tylko za granicą, tak zresztą jak i wielu innych piłkarzy. Mało kto określa jako swój cel awans do reprezentacji, niemal każdy natomiast mówi o upragnionym wyjeździe „na Zachód”, chociaż w dzisiejszych czasach nie można też gardzić Wschodem.
Tak jak od samego mieszania herbata nie robi się słodsza, tak też od transferów nie rośnie poziom naszego piłkarstwa ligowego. Mam tu na myśli znane nazwiska, o których coraz częściej głośno tylko w przypadku przejścia do nowego klubu. Zagłębie Lubin jest na przykład już piętnastym klubem w karierze Piotra Świerczewskiego, a czwartym w ciągu ostatnich dwóch lat. Pula piłkarzy do wynajęcia jest znacznie większa niż liczba debiutantów, a kolejny karykaturalny przykład mieliśmy w minioną niedzielę w meczu ŁKS - Wisła Płock w I lidze. ŁKS na ostatnią chwilę ściąga zawodników i łapie każdego, kto się nawinie. Zagrało aż czterech nowych: Nawrocik, Mączyński, Sikora i Gikiewicz, i musiało minąć dobre pół godziny, zanim zawodnicy, którzy ze sobą nawet jeszcze nie zdążyli potrenować, zaczęli się poznawać na boisku. To może przypadek, a może… znak losu: gdy z boiska zeszli Mączyński i Sikora, a weszli grający od dawna w ŁKS Sierant i Świątek, już po pięciu minutach ten ostatni zdobył zwycięskiego gola, drugiego w tym sezonie.
Sądzić można, że transfery to jedyne lekarstwo na podniesienie poziomu gry i każdy nowy trener zaczyna z reguły swoją pracę od przedstawienia listy zawodników, których należy ściągnąć. Efekty są mizerne, a w przypadku czołowych klubów, których szefowie na serio biorą pogląd, że futbol to biznes - wręcz tragiczne. By jeszcze bardziej pognębić politykę transferową Wisły, Polonii, Legii czy Lecha, zwracam uwagę na fakt, że drużyny, które wyeliminowały naszych, w następnej rundzie poległy z kretesem: porażkę Broendby z Herthą można przeżyć, ale NAC Breda przegrał z Valladolid 1:6, Levadia Tallinn uległa Debreczynowi, a potem przegrała z Galatasaray 0:5. To też jest miernik odległości, jaka dzieli nasz klubowy futbol od Europy. Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 35 • dodano 02-09-2009r. przez darek