Skala sukcesu

Krótkie krycie
Mikus Dariusz JanOd dłuższego czasu odnoszę wrażenie, że polscy
kibice i obserwatorzy futbolowi są karmieni ersatzem
prawdziwych sukcesów. No, może niezbyt precyzyjnie
się wyraziłem, o faktyczne sukcesy to raczej nie możemy
być podejrzewani...
Chodzi mi raczej o stwarzanie atmosfery pseudosukcesu, a nawet
nadmuchiwanie balona, który w istocie rzeczy nie jest żadną rewelacją, a
więc nie może pęknąć z prawdziwym hukiem sukcesu.
A tak ogólnie rzecz biorąc, to – choć słowa te zabrzmią mało apetycznie,
a wręcz obrazoburczo (z czego zdaję sobie sprawę) – to pojmowanie
sukcesu mocno u nas ostatnio ... sparszywiało.
Tak, wiem, to mocne słowo, ale akurat tutaj pasuje.
Dlaczego?
Ano dlatego, że żyjemy w kraju, gdzie jako sukces świętuje się zdobycie
awansu do Mistrzostw Świata, czyli do bardzo szerokiego grona
drużyn mających pretensje do rozdzielania kart w świecie futbolowym. I
taki awans zdobyliśmy - o czym piano w zachwytach przez wiele tygodni,
choć w istocie rzeczy nasze miejsce w gronie najlepszych odzwierciedlało
naszą pozycję w rankingach. Jak się po tychże mistrzostwach okazało,
były to rankingi mocno zawyżające faktyczną klasę naszej reprezentacji.
Teraz miała miejsce kolejna kompromitacja z napisem „SUKCES!!”
w tle. Mistrz Polski miał pokazać swą wspaniałość i awansować do Ligi
Mistrzów. Prezes lubinian wysupłał nawet potężny szmalec na przyszłe
premie za awans i... i nic z tego nie wyszło.
Dlaczego boimy się nazwać rzeczy po imieniu?!!
Akurat w tej kwestii nie chodzi o klub z Lubina, lecz o wielce paradoksalny
sposób pojmowania naszej piłki. Jest takie – stare jak świat – powiedzenie,
że kto nie idzie do przodu, ten się cofa. A polski futbol stoi...
na fatalnej pozycji wyczekiwania na epokowy awans do Ligi Mistrzów.
To oczekiwanie na piłkę na kilkumetrowym spalonym w nadziei, że któryś
z rywali zechce ją podać do naszego napastnika. Skoro same awanse
do imprez mistrzowskich mają nam wystarczać, skoro ambicje polskiej
piłki klubowej ma zaspokajać awans do zasadniczej fazy LM, to lepiej
zabierzmy nasze klocki z okolic pola karnego i wracajmy do piaskownicy.
Dla naszych wspaniałych grajków nie jest sukcesem wygranie z najlepszymi,
lecz doskoczenie przed meczem do jakiejś gwiazdy światowego
futbolu i wyproszenie, aby po meczu właśnie od niego dostać koszulkę!!
Różne są skale sukcesu i z różnej perspektywy należy na nie patrzeć
– gdyby zadowalać się jedynie drobnymi sukcesami i zakładać porażkę
na wyższym szczeblu, to czy kiedykolwiek mielibyśmy tak mile wspominane
mecze PP, gdzie lokalne drużyny gryzły trawę i niejednokrotnie
wygrywały z mistrzami kraju. To była sensacja i taką sensacją słusznie
się cieszono, a teraz stanowi dowód chluby.
A dzisiaj?
Dzisiaj żyjemy w czasach, gdy skalą sukcesu jest strzelenie Legii
pierwszej w tym sezonie bramki.
No cóż... Jakie czasy, takie sukcesy. Dariusz Jan Mikus
Tygodnik Kibica nr 38 • dodano 18-09-2007r. przez darek