Nie podoba się, to wynocha

Dziury w całym
Filipiak WojciechPoznałem niedawno pewnego Anglika,
który z racji prowadzenia interesów w Polsce
często przyjeżdża do naszego kraju i z tej
okazji chadza na mecze piłkarskie. Bardzo
mu się to podoba, jest zresztą futbolowym
fanatykiem z gatunku tych, co podczas wczasów
w Tunezji oglądają mecze tamtejszej II
ligi. Taktownie nie wypowiada się na temat
jakości stadionów, natomiast zaskoczył
mnie obserwacją odnoszącą się do kibiców.
Dziwiły go śpiewy, ciągłe okrzyki, flagi na
ogrodzeniu i odpalane race. „U nas tego nie
ma” - stwierdził. - „Publiczność bije brawo,
oklaskuje gole, ale gdy miejscowy zespół
przegrywa, wychodzi dziesięć minut przed
końcem”. Nie dodał uwagi dla niego oczywistej:
już tylko sporadycznie zdarzają się
związane z meczem burdy – wyłącznie poza
stadionami, bo na widowni – nigdy!
Taki jest efekt zdecydowanej, konsekwentnie
prowadzonej przez premier Margaret
Thatcher wojny z futbolowym chuligaństwem.
Walka toczyła się na kilku frontach – represyjnym,
poprzez infiltrację, rozpracowanie
i rozbicie futbolowych gangów, wychowawczym,
a więc poprzez pokazywanie innych
sposobów identyfikowania się z klubem
(akademie piłkarskie, działalność społeczna
i charytatywna), wreszcie organizacyjnym,
poprzez modernizację przestarzałych stadionów
i budowanie nowych. Pani Thatcher
miała za sobą media, które zobowiązały się
nie nagłaśniać zdarzających się incydentów,
by nie rozkręcać spirali, a w telewizji nawet
i dzisiaj nie zobaczymy wbiegających na boisko
osobników, którzy zakłócają, choćby dla
zabawy, przebieg meczu. Wspierali ją także
właściciele klubów, którzy szybko zrozumieli,
kto może stać się ich najpewniejszym klientem,
przynoszącym dochody, i ani w głowie
im były jakiekolwiek pertraktacje i rozmowy
z delegatami kibiców, zwłaszcza z tymi przysparzającymi
do tej pory najwięcej kłopotów.
W efekcie na mecze piłkarskie chadza
w Anglii całkiem inne towarzystwo niż kilkanaście
lat temu. Podstawową selekcją
są ceny biletów. Po co płacić 50 funtów
za bilet, skoro piwo w pubie kosztuje trzy,
a mecz można obejrzeć na dużym ekranie
barowego telewizora? Jednocześnie widownia,
poprzez zarażenie piłkarską gorączką
wszystkich warstw społeczeństwa, stała się
szersza i obejmuje nawet owe przykładowe
starsze panie, które oglądamy czasem w
klubowych szalikach. Mogą przyjść, bo czują
się bezpiecznie, mają wygodne miejsca i w
przerwie mogą skorzystać z czystej toalety.
Jednym słowem – dzięki wyeliminowaniu
grupy najbardziej kłopotliwych widzów udało
się przyciągnąć na stadiony więcej ludzi.
Tylko na wyjazdach angielscy fani zachowują
się jak psy spuszczone z łańcucha, co jednak
dotyczy nie tylko wyjazdów na mecze piłkarskie.
Wystarczy popatrzeć, jak zachowują się
Anglicy (z Niemcami jest podobnie, bo tam
ten proces wyglądał tak samo) na wakacjach
gdzieś na Majorce, nie wspominając o naszym
Krakowie.
Tym kibicom, którzy zorganizowali ostatnią
akcję protestacyjną na polskich stadionach,
wydaje się, że mecze są tylko dla nich. Brakiem
zdecydowanych działań już i tak udało
nam się wygonić z trybun całe środowiska.
Już chyba tylko w Krakowie chadzają na stadion
profesorowie uniwersytetu i literaci, bo
na przykład dzisiaj w Warszawie Holoubek,
Konwicki i Dygat nie zaryzykowaliby wspólnej
wyprawy na Legię i to nawet nie ze strachu.
Konieczność przebywania wśród motłochu,
jaki nadaje ton, byłaby dla nich dyskomfortem
nie do zniesienia.
Wiem, że w środowiskach kibicowskich
jest wiele osób, które odcinają się od tej
całej stadionowej żulii. Oni naprawdę chcą
coś zrobić dla futbolu. Jeżeli tak, to nie ma
sensu wdawać się w bezsensowne polemiki
na temat odpalania
rac na stadionach i
organizować takich protestów,
jak te z minionego
weekendu. Z jednej strony
żądania partnerskiego
traktowania i rozmów,
z drugiej – drastyczne
sceny na stadionach
w Zabrzu i w Białymstoku,
wymagające
zdecydowanej interwencji
policji, która
zmuszona była strzelać,
bynajmniej nie na
wiwat. Godna podziwu
solidarność, a zaraz
potem skandowanie wulgarnych haseł.
Dowcipna i zrobiona z plastycznym smakiem
„oprawa” (chociaż przeważa, niestety, gust
zdecydowanie jarmarczny) i do tego „pozdrowienia
do więzienia” dla Miśka czy innego
Mandaryna. Tego nie da się pogodzić.
Jakiekolwiek ustępstwa od obecnie obowiązujących
zasad, które wreszcie zaczęły
być przestrzegane, byłyby więc dzisiaj kapitulacją.
Od władz piłkarskich (związku, Ekstraklasy
i klubów) należy oczekiwać czegoś
wręcz przeciwnego – żelaznej konsekwencji
w egzekwowaniu prawa, bo na przykład
rzadko się zdarza, by nie wpuszczono na stadion
pijanego. A czy gdzieś traktowany jest
poważnie zakaz przebywania na stadionie
młodocianych bez opieki dorosłych?
Kibic kupuje bilet i ma prawo oczekiwać
sportowych przeżyć w cywilizowanych warunkach.
Jest klientem – płaci i wymaga. Jeżeli
mu się coś nie podoba, może nie płacić, ale
wtedy wynocha. Piłka nożna na tym nie straci
– wprost przeciwnie, w ogólnym rozrachunku
bilans będzie na pewno dodatni.
Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 38 • dodano 18-09-2007r. przez darek