W poszukiwaniu straconego czasu

Krótkie krycie
Mikus Dariusz JanMecz z Rumunami nie pozwala na huraoptymistyczne prognozy. Podobno „Franek Smuda czyni cuda”, ale tym razem mamy do czynienia z szarą rzeczywistością polskiej piłki. A może jest to raczej coś na podobieństwo „pomroczności jasnej”...? Tak czy inaczej, takie granie gustowne ani klarowne nie jest - a perspektywę poprawy wręcz określić można „jak przez mgłę”...
Nikt nie oczekiwał od Smudy i jego podopiecznych cudu jakościowego. Z dnia na dzień nie da się stworzyć klasowej drużyny na takim bezrybiu, jakim są zatrute akweny polskiej piłki. Ale - zgodnie z zapowiedziami szkoleniowca - oczekiwaliśmy totalnej zmiany mentalności na boisku. Miało być bez kompleksów, na cały gwizdek, walecznie i z ambicją przez 90 minut. Nie bardzo to wyszło...
Akurat w tym przypadku doskonale można było zobaczyć, że piłka nożna to z pewnością sport zespołowy. Doskonałą ilustracją tego dogmatu jest fakt, iż suma indywidualnej ambicji i zaangażowania każdego gracza z osobna nie musi się przekładać na obraz i ochotę do gry całego zespołu.
Szczęście Smudy to fakt, iż przejmuje zespół w sytuacji, gdy wyczynem nie lada byłoby dalsze obniżenie jego poziomu. No, oczywiście możemy jeszcze przegrywać z San Marino, Andorą i Wyspami Owczymi - wszystko przed nami... Franzowi przypadła rola odbijacza od dna i z pewnością to uczyni. Pytanie, jak szybko i jak wysoko się odbije. Tu okolicznością łagodzącą może być fakt, iż trudno jest odbić się od dna w bagnie... Smuda na sporo czasu, ale też pamiętać należy, że polska piłka mnóstwo czasu straciła i jest daleko z tyłu.
Mecz z Rumunią pokazał, że do sportowego sukcesu nie wystarczy tylko magia nazwiska charyzmatycznego szkoleniowca. Zresztą z tej ukochanej przez fanów charyzmy wściekającego się przy ławce nadpobudliwego Smudy prawie nic już nie zostało. Teraz jest to raczej dystyngowany pan na salonach - w eleganckim płaszczu i wyszukanym szaliku. A nie takim go kibice do tej pory widzieli - ludzie na trybunach wolą niekonwencjonalnego Franza, który reaguje spontanicznie i mówi, co myśli - bez względu na konsekwencje.
Gwizdy żegnające reprezentację po debiutanckim meczu nowego trenera pokazały, że zaufanie nie tylko nie jest bezgraniczne, lecz nawet traktowane jest jako swego rodzaju kredyt: to my robiliśmy raban, żebys ty został trenerem kadry - więc ty daj nam jak najszybciej sukces, a choćby tylko bramki i ambitną grę.
Niestety, w sobotę gra była nadal nieco bojaźliwa, a szczególnie boli niechęć do podejmowania na boisku ryzykownych decyzji. Taki brak zdecydowania najbardziej jaskrawo, dwukrotnie widać było w poczynaniach Peszki. Ale choć można - i należy!! - ganić go za zmarnowanie dwóch doskonałych okazji, gdzie kunktatorstwo spowodowało zniweczenie szansy, to jednak nie sposób pominąć faktu, że obie te akcje - doskonałe, szybkie prostopadle podania z wyjściem sam na sam - mogą zwiastować nową jakość w grze reprezentacji.
Czy tak się stanie? Dużo mądrzejsi będziemy już po kolejnym meczu reprezentacji.
Dariusz Jan Mikus
Tygodnik Kibica nr 46 • dodano 18-11-2009r. przez darek