Reflektory na widownię

Dziury w całym
Filipiak WojciechWypowiadający się w dyskusji o stanie polskiej piłki wskazują jako źródło niepowodzeń i wszelkiego zła działaczy, sędziów, system szkolenia z niedouczonymi i źle opłacanymi trenerami, błędy w sposobie finansowania futbolu, zarówno z zasobów państwowych, jak i prywatnych. Najmniej mówi się o samych zawodnikach, bo to oni przecież grają, a wszyscy inni powinni stanowić dla nich tylko tło. Nie mam na myśli umiejętności, bo talent się ma albo nie, ale te sprawy, którymi zajmują się obecnie sądy we Wrocławiu i w Kielcach. Po raz pierwszy chyba sami piłkarze tak chętnie opowiadają o obowiązujących w piłce mechanizmach, a Zagłębie Lubin i Korona są klinicznymi przykładami wszystkich tych patologii, chociaż zdaję sobie sprawę, że nie jedynymi.
Dowiedziałem się na przykład ostatnio z zeznań Andrzeja Szczypkowskiego i Grzegorza Nicińskiego, że wygrany przez Zagłębie mecz w Radomsku latem 2004 roku kosztował ich klub 200 tysięcy złotych. Ujawniono, w jaki sposób awansowała jeszcze do II ligi Korona. Niby pisze się o tym i mówi, ale jakoś tak półgębkiem i wstydliwie, a zamieszanym w te afery piłkarzom pozwala się nadal grać. W niektórych przypadkach reakcja jest wręcz groteskowa: Polonia Warszawa wyrzuciła wprawdzie z drużyny Jarosława Latę, ale jak powiedział jej rzecznik, „Lato i tak nie wnosił już niczego pozytywnego do gry drużyny”. Jednym słowem, nadawał się na odstrzał jak stary jeleń, z którego nie ma już w lesie pożytku. Gdyby to był lew albo inny tygrys, to nikt by się nie ośmielił w niego wycelować. Czasem piłkarz nie musi być nawet groźny - wystarczy, że mocno zaryczy. Mariusz Ujek, obecnie w GKS Bełchatów, a powiązany wcześniej z korupcją w Zagłębiu Sosnowiec, zagroził sądem każdemu dziennikarzowi, który napisze o nim, że kupował albo sprzedawał mecze. I faktycznie, ma już teraz spokój.
To nie o piłkarzach miał być jednak niniejszy tekst. Wskazując winnych niskiej pozycji polskiej piłki w Europie i w świecie, zapomina się też o widocznych gołym okiem brakach w polskiej kulturze futbolowej. Oglądałem, jak wielu kibiców, niedzielny mecz Barcelony z Realem. Równie pouczające, jak sama gra na boisku, były obrazki z trybun, wypełnionych ludźmi szczęśliwymi z tego powodu, że mogą taki mecz oglądać i przeżywać. Widać było emocje i napięcie, nie dostrzegłem natomiast agresji, tępego szowinizmu, nietolerancji. Gdy po zwycięstwie zaśpiewano klubowy hymn, poczułem, jak ci na stadionie, wzruszenie. Dla takich chwil warto żyć. Widać było na trybunach całe rodziny z dziećmi, stateczne małżeństwa, eleganckich panów i modnie ubrane panie, zaręczam, że nie tylko w loży honorowej.
Sobotnie popołudnie spędziłem z kolei w Bełchatowie. Tam też bardzo starają się, by ucywilizować piłkarską widownię: stadion jest coraz wygodniejszy i nowocześniejszy, istnieje „sektor szkolny” jako przeciwwaga „młyna”, w którym panują dość surowe obyczaje, piłkarze jeżdżą po okolicznych szkołach, spotykając się z młodzieżą i ucząc ją rozumienia futbolu. GKS niesprawiedliwie uznany został kiedyś za przykład klubu bez kibiców, chociaż biorąc pod uwagę proporcję do ogółu mieszkańców, nie jest przecież źle. Mecz z Legią oglądało 5,5 tysiąca widzów, co stanowi prawie 10 procent mieszkańców miasta. Gdyby brać pod uwagę to kryterium, Wisła i Cracovia musiałyby zbudować sobie stadiony na 40 tysięcy widzów (zakładając, że kibicowskie sympatie dzielą się w Krakowie po połowie), a nowy obiekt w Warszawie przewyższyłby rozmiarami Maracanę.
GKS grał w sobotę z Legią, innym klubem, któremu też nikt nie pomaga w walce z mafią kiboli z trybun. Kibice Legii bojkotują oficjalne wyjazdy, bo kupując bilet, trzeba się zarejestrować. Wolą przyjeżdżać na własną rękę, bo wiedzą już, że wtedy mogą liczyć na bezkarność. Wystarczy, że zaryczą, i już wszyscy się ich boją. Wiceprezes GKS Henryk Tomaszewski twierdzi, że to policja kazała ich wpuścić na stadion, „by nie mieć kłopotów na mieście“. I ja w to wierzę, bo przekonałem się już wielokrotnie, jaka jest w takiej sytuacja strategia sił porządkowych, chociaż oficjalnie policja zaprzecza, że wydała takie polecenie. Na samym stadionie nikt już oczywiście niczego nie widział i nie słyszał, włącznie z sędzią Robertem Małkiem, który miał prawo i obowiązek przerwać mecz do czasu usunięcia obraźliwych transparentów, i z prezesem Tomaszewskim, który twierdzi, że „przecież ekscesów żadnych nie było”.
No właśnie - o ile wygodniej jest udawać, że niczego się nie słyszało i o niczym się nie wie. Naszym piłkarzom daleko do formy Ibrahimovicia i Messiego, między innymi dlatego, że polskich i hiszpańskich kibiców dzieli jeszcze większa różnica poziomu kultury i rozumienia, o co w piłkarskim widowisku chodzi.
Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 48 • dodano 02-12-2009r. przez darek