strona głównao tygodnikuredakcjaprenumeratakontaktforum

Statystyczne pułapki

Dziury w całym

Filipiak Wojciech
Co prawda dla większości kibiców ważny jest tylko dzień obecny i nie bardzo chcą słuchać i czytać o tym, co było zanim zaczęli się interesować sportem, ale nie brak i takich, którzy chcą wiedzieć coś więcej, niż tylko jak nazywa się aktualna narzeczona piłkarza X, jakim autem jeździ zawodnik Y oraz ile Z zarabia. Zarówno sportowe wydawnictwa historyczne, jak i kąciki dokumentacyjne w gazetach i periodykach cieszą się więc zainteresowaniem świadomych i bardziej dojrzałych kibiców, a nie brak i takich, którzy ekscytują się wręcz wszelkimi zestawieniami i porównaniami, dotyczącymi zarówno klubów, jak i poszczególnych zawodników. Istnieje nawet, mające swoją siedzibę w Niemczech, Międzynarodowe Stowarzyszenie Statystyków i Historyków Futbolu, a od niespełna roku podobna organizacja działa i w Polsce. Nawiasem mówiąc, razi mnie słowo „statystyka” w tych nazwach, bo to, co robimy (też łapię się na tym, że to, co działo się kiedyś, interesuje mnie co najmniej tak samo, jak wydarzenia obecne), to dokumentowanie faktów z przeszłości, a statystyka to nie tylko zbieranie, ale i analiza uzyskanych danych i wyciąganie wniosków z określonych zjawisk. Nie brak na tym polu min i pułapek wynikających z tego, że wcześniej mało kto się tym zajmował. Wydawało się, że sport jest tak ulotną rzeczą, że nie warto wręcz takiej dokumentacji tworzyć. Ze względu na ograniczony zasięg środków łączności nie było nawet sposobu, by wszystko ogarnąć, a swoje zrobił też - z całym szacunkiem dla talentu i pracowitości starszych kolegów po fachu - poziom i styl dawnego dziennikarstwa sportowego, w którym wyżej stawiono kwiecistość opisu nad jego rzetelnością. Z jednej gazety można się było na przykład dowiedzieć, że „czerwono zachodzące słońce chowało się właśnie za starą, drewnianą trybuną”, ale sprawozdawca zapomniał wymienić nazwiska strzelców bramek. W innej relacji z kolei znalazły się nazwiska tylko siedmiu zawodników, „bo reszta grała tak słabo, że nie warto ich wymieniać” (to autentyczne cytaty z łódzkich gazet z lat sześćdziesiątych). Im głębiej w przeszłość, tym gorzej: krążyła w środowisku dziennikarskim anegdota o pewnym przedwojennym reporterze ze stolicy, który obsługiwał kilka gazet. Raz pomylił wynik, zamiast 1:0 napisał 0:1 i nikt już nie chciał wierzyć tym, co wygrali, bo przecież wszystkie gazety napisały, że przegrali. Co tam przed wojną - z własnego doświadczenia pamiętam, jak trudno było zdobywać wyniki meczów z klas niższych w czasach, gdy rozmowy telefoniczne trzeba było zamawiać przez centralę międzymiastową i nigdy nie miało się pewności, czy wynik podany przez żonę gospodarza stadionu jest prawdziwy („bramki zdobyli ten wysoki i ten z dziewiątką” - usłyszałem raz w słuchawce). Teraz jest łatwiej, informacje można uzyskać szybko i weryfikować je w wielu źródłach. Ale pułapek też nie brakuje. Wiele zależy choćby od metody liczenia: na przykład powtarzano ostatnio w wielu gazetach, że Tomasz Kiełbowicz zagrał w ekstraklasie po raz 350. To prawda, ale można zapytać, dlaczego przy przedstawianiu przebiegu kariery liczy się tylko mecze mistrzowskie, a pomija pucharowe - nawet te „europejskie”. Dorobek Kiełbowicza jest wszak znacznie bogatszy - doliczając sezony w II lidze liczba rozegranych przez niego meczów zbliża się do pięciuset - ciekaw jestem, czy ktoś taki jubileusz zauważy i wyłowi. A mecze w innych ligach? W czym gorsza jest od polskiej ekstraklasa czeska czy słowacka? Trudniej zdobyć dane, ale to nie powód, by nie wiedzieć, że tegoż Kiełbowicza wyprzedzają li-tylko ligowym dorobkiem dwaj Słowacy z bytomskiej Polonii Marek Bażik i Miroslav Barczik. Ten pierwszy grał już w ekstraklasie 359 razy, drugi - aż 382, choć w polskiej lidze są debiutantami. Jeżeli ktoś jest zdania, że te informacje nie mają znaczenia dla oceny ich gry w kolejnym spotkaniu, to nie rozumie futbolu. Do każdego zestawienia tego rodzaju można się więc przyczepić - i bardzo dobrze, bo każda poprawka i każdy nowy pomysł wnosi coś do historii piłki nożnej. Podkreślam od pewnego czasu fakt, że z dużym dystansem podchodzić trzeba do wszelkich zestawień „minutowych”, bo przecież każdy mecz trwa obecnie dłużej niż 90 minut. Jeśli zawodnik wszedł na boisko w 89. minucie, a sędzia przedłużył mecz o cztery, to jak długo grał dany piłkarz - jedną minutę, czy pięć? Czasem takie statystyczno-dokumentacyjne harce mogą być bolesne dla jednostki. Józef Kowalczyk z Zagłębia Sosnowiec zagrał w eliminacyjnym meczu igrzysk olimpijskich Polska - Hiszpania w 1972 roku (2:0 w Szczecinie), który otworzył polskiej piłce drogę do sukcesów w tej dekadzie. Był to jego jedyny występ w reprezentacyjnej koszulce, z którego jest dumny. Tyle tylko, że spotkanie to wykreślono później z oficjalnych rejestrów „biało-czerwonych” jako nieoficjalne. Ze świadomości zawodnika nikomu nie uda się go jednak wymazać.Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 50 • dodano 16-12-2009r. przez darek
© 2007 Tygodnik Kibica Wszystkie prawa zastrzeżone.
Liczba odwiedzin:916823