strona głównao tygodnikuredakcjaprenumeratakontaktforum

Księga szyfrów

Dziury w całym

Filipiak Wojciech
Odwiedzający mecze ligowe w charakterze obserwatora PZPN Andrzej Tomaszewski jest konsekwentny i bezwzględny. U niego nie przejdzie żaden obraźliwy napis na kibicowskich transparentach, tępi zakazane symbole, doskonale orientuje się w języku skinheadów i innych subkultur. Kiedyś na prawie pół godziny przerwał mecz ŁKS ze Śląskiem w Łodzi, w minioną sobotę zaś stał się bohaterem wydarzeń w Białymstoku, gdzie zakwestionował napisy „Awanturnicy” i „YH’02”, które na swoich „barwach” umieścili kibice Widzewa. Był nieugięty, mecz opóźnił się o pół godziny, ale nie zdołał postawić na swoim, bo górę wziął komercyjny interes telewizji, która obawiała się zerwania transmisji. Doszło do kompromisu, który w istocie był ustępstwem na rzecz autorów owych napisów: zasłonięto je po prostu wielkim reklamowym banerem. Jeżeli można mieć w tym względzie do obserwatorów pretensje, to raczej o brak konsekwencji w stosowaniu oczywistych przecież i jednoznacznych zakazów. Nadal spotyka się bowiem na ogrodzeniach boiska różne „pozdrowienia do więzienia”, których konotacje są oczywiste, chociaż może nie chodzi akurat o taką surowość, jaką wykazał też w sobotę obserwator meczu ŁKS – Korona: nakazał spikerowi wygłoszenie komunikatu o konsekwencjach palenia szalików, podczas gdy okazało się, że to tylko dym z kuchni polowej, na której na jednym z sektorów smażono kiełbaski... Trzeba uświadomić opornym i dziwiącym się takim zakazom, że obserwatorzy PZPN nie kierują się swoimi prywatnymi odczuciami, a ściśle określonymi wytycznymi UEFA, przełożonymi na polskie warunki przez PZPN. Istnieje specjalna lista zakazanych symboli i zwrotów, i pan Tomaszewski doskonale wiedział, co oba napisy oznaczają, chociaż niekoniecznie taką wiedzę trzeba ujawniać, by określonych zachowań i poglądów nie propagować. Takie szyfry trzeba łamać, by utrudnić komunikację wewnątrz samych ekstremistycznych grup – nie chowajmy głowy w piasek, bo z tym mamy w opisanym przypadku do czynienia. Nawiasem mówiąc, przykłady meczu w Warszawie i w Łodzi są dla zwolenników „opraw meczowych” samobójcze: w Warszawie kibice Legii, a w Łodzi – Korony postanowili (akurat z różnych powodów) nie dopingować swoich w ten sposób. Okazało się, że taki doping pewnie nie przeszkadza, ale i na pewno nie pomaga, bo oba zespoły wygrały swoje mecze. Widzew z kolei z pełną „oprawą”, z której nie wymazano owych zakazanych treści, przegrał swój mecz z kretesem. Z zażenowaniem słuchałem więc później tyrad zwolenników tworzenia atmosfery w ten sposób, którzy narzekali, że na takich meczach „bez dopingu” nie ma nastroju. W niemieckiej prasie natknąłem się niedawno na artykuł o tym, że kilka znanych tamtejszych klubów zakazało wstępu na swoje obiekty kibicom ubranym w stroje określonej marki! Przy wejściu na stadion Herthy, Werderu i Borussii Dortmund, a także hamburskiego St. Pauli (myślą też o tym na wschodzie Niemiec, gdzie problem jest już wręcz palący) porządkowy ma prawo sprawdzić „metkę” kurtki kibica i nie wpuścić go na trybuny, jeśli jest to produkt kojarzonej jednoznacznie z neofaszystami firmy „Thor Steinar”. Cel jest jasny – rozbicie ekstremistycznych grup, bardzo chętnie, nie tylko przecież w Niemczech, wykorzystujących autentyczny kibicowski entuzjazm do swoich celów. Klub z Dortmundu w wydanym z tego powodu specjalnym komunikacie napisał wręcz, że ma to być „jasny wyraz sprzeciwu przeciwko ekstremizmowi”. Właśnie po marce ciuchów i różnego rodzaju nieczytelnych dla postronnych symbolach poznać można, że na widowni są ekstremiści. Jest to dla nich sygnał: „Uwaga! Tu jesteśmy! Bójcie się nas!” - twierdzą znawcy problemu w Niemczech. Jak znam życie, tamtejsze kluby na pewno dopilnują, żeby ich kibice przed meczami odwieszali te kurtki i bluzy do szafy. Nie można udawać, że takiego problemu w Polsce nie ma. Okazuje się, że nawet nie łamiąc swobód obywatelskich, można wyegzekwować pewne zakazy i uznać, że nie tylko zachowanie, ale i strój obywatela w miejscu publicznym jest sprawą publiczną. Tymczasem w większości relacji z incydentu w Białymstoku uznano Andrzeja Tomaszewskiego w najlepszym przypadku za szlachetnego, choć naiwnego Don Kichota, a są i tacy, co po prostu pukaja się w czoło. Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 40 • dodano 02-10-2007r. przez darek
© 2007 Tygodnik Kibica Wszystkie prawa zastrzeżone.
Liczba odwiedzin:916831