Konserwatywna nowoczesność

Dziury w całym
Filipiak WojciechTradycyjny październikowy urlop uchronił mnie tym
razem od paru nieprzyjemnych przeżyć, jak na przykład
łódzkie derby, szare i smutne pod względem sportowym,
a wręcz skandaliczne, jeśli oceniać organizację
i zachowanie kibiców. „Przyjezdni”, czyli kibice ŁKS,
pozostawili po sobie „ruiny i zgliszcza” na zajmowanym
przez nich sektorze, ale i miejscowi dość skutecznie
splugawili swój własny stadion. Tak jak przewidywałem
w tym miejscu parę tygodni temu, na nic zdał się
kunsztownie zaprogramowany (wszak Polacy są ponoć
mistrzami w komputerowym programowaniu) system
sprzedaży biletów, z wpisywaniem danych osoby zajmującej
konkretne miejsce. Wszystko załamało się już
przy pierwszej próbie ustalenia winnych konkretnych
zniszczeń i dewastacji, bo od początku mało kto (z kolegami
dziennikarzami z loży prasowej włącznie) siadał
na przypisanym mu miejscu. Tego dopiero, jak jedzenia
nożem i widelcem oraz wycierania nosa chusteczką, a
nie rękawem, trzeba się dopiero nauczyć. Klub zarobił
tylko na sprzedaży kart identyfikacyjnych po „nowoczesnej”
cenie 9,99 zł, ale na tym cała nowoczesność
systemu skończyła się.
Gwoli podsumowania dwóch minionych tygodni
poświęciłem ten wstęp starej sprawie, ale są i nowsze
tematy, choć też w tym miejscu wielokrotnie poruszane.
Trzecia co do zainteresowania mediów i kibiców impreza
sportowa na świecie (po igrzyskach olimpijskich
i mistrzostwach świata w piłce nożnej), minęła u nas
bez większego echa, chociaż na przykład w dniu finałowego
meczu RPA – Anglia w Paryżu dla CNN była to
najważniejsza wiadomość minionej soboty, wyprzedzająca
w kolejności w serwisach informacyjnych relację z
tragicznego zamachu w Pakistanie, w którym zginęło
kilkaset osób. Mowa oczywiście o mistrzostwach świata
w rugby, a więc w dyscyplinie, która ma wspólnych
przodków z futbolem, warto więc wiedzieć, jak radzą
sobie bliscy kuzyni.
A idzie im świetnie, bo rugby ma coraz większy
zasięg na świecie i wiele można się od nich nauczyć.
Od poprzednich mistrzostw FIFA zmarnowała kolejne
cztery lata, w których nie zrobiono na przykład nic,
jeśli idzie o unowocześnienie sędziowania. Nie poczyniono
żadnego kroku naprzód w sprawie analizy wideo
spornych fragmentów gry, zwłaszcza przy ocenie fauli
w polu karnym i zdobytych (albo i nie) goli. Porównałem
sobie na przykład ostatnią serię eliminacyjną
mistrzostw Europy z decydującą fazą mistrzostw rugbistów
i widzę, że przy zastosowaniu sprawdzonej już
praktyki oceniania spornych fragmentów na wideo ani
Rumunia nie wygrałaby z Holandią, ani Rosja z Anglią,
bo bez skomplikowanych analiz natychmiast by się
okazało, że gol dla Rumunów padł ze spalonego, a
Rooney faulował rywala jeszcze przed polem karnym.
Finałowy mecz rugbistów też mógł potoczyć się inaczej,
gdyby sędzia uznał Anglikom przyłożenie zaraz
na początku drugiej połowy, bo dla większości kibiców
na stadionie (tę stanowili akurat Anglicy) sprawa była
oczywista. Instynkt podpowiadał jednak sędziemu, że
nie wszystko było w porządku i uważne oglądanie zapisu
z kilku kamer rzeczywiście pokazało, że tuż przed
zakończeniem akcji Anglik minimalnie przekroczył
boczną linię boiska. Decyzja anulująca przyłożenie
była brutalna, wręcz wbrew duchowi gry, bo na przebieg
akcji muśnięcie linii bocznej stopą padającego
zawodnika nie miało żadnego wpływu, ale przypomniało
wszystkim, że przepisy, nie tylko sportowe, nie mogą
być rozciągliwe. Albo się jest na aucie, albo nie.
Dodam, że wbrew podnoszonym obawom takie
analizy, zdarzające się maksimum raz albo dwa
w trakcie meczu, wcale nie zabierają dużo czasu,
który i tak łatwo można by zresztą nadrobić dzięki
dwóm innym wynalazkom „konserwatywnych”, jak do
niedawna uważano, rugbistów. Po pierwsze, zmiany
zawodników dokonywane są niemal „w locie”, bez
tej całej piłkarskiej celebry, po drugie zaś – i to
była nowość w tych mistrzostwach – kontuzjowanym
zawodnikom można udzielać pomocy na boisku bez
przerywania gry! W pierwszej chwili przeżyłem szok,
gdy obok walczącego młyna dostrzegłem dwóch przemykających
się panów z torbą medyczną, opatrującego
kontuzjowanego zawodnika, ale szybko okazało się,
jak usprawnia to grę. Nie ma żadnego wybijania piłki
na aut, udawania urazów, wywożenia kontuzjowanego
na wózku albo wynoszenia go na noszach. Jesteś zdolny
do gry, to wstajesz i grasz, jeśli uraz jest poważny,
to zastępuje cię rezerwowy, ale po 10 minutach masz
prawo wrócić na boisko!
Coraz wyraźniej widać, że obecne piłkarskie zasady
są na dłuższą metę nie do obrony. Nowoczesność musi
wkroczyć na piłkarskie boiska, ale któż mógłby się
spodziewać, że szlak przecierać będą konserwatyści,
wychowani w tradycji arystokratycznych, elitarnych
angielskich szkół prywatnych.
Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 43 • dodano 24-10-2007r. przez darek