Kuźnia ministrów

Dziury w całym
Filipiak WojciechJak wynika z powyborczych koalicyjnych przetargów,
ministrem sportu w rządzie premiera Donalda
Tuska będzie Mirosław Drzewiecki. To kolejny człowiek
na tym stanowisku wywodzący się z Łodzi, która
dostarczała kiedyś hurtowo bramkarzy do reprezentacji
Polski w różnych dyscyplinach (jednocześnie
byli to na przykład Tomaszewski oraz Kosyl w hokeju
i Szymczak w piłce ręcznej), ale okazuje się, że stanowiła
także bazę rekrutacyjną dla sportowych karier
urzędniczych.
Pierwszy był jeszcze w latach siedemdziesiątych
Bolesław Kapitan. Promotorem jego awansu do stolicy
był łódzki korespondent „Sportu”, nieżyjący już
red. Wiesław Kaczmarek. „Sport” drukował wtedy
cykl wywiadów z sekretarzami komitetów wojewódzkich
partii odpowiedzialnych za sport. W KŁ PZPR
był nim właśnie Bolesław Kapitan, który nagabującemu
go o wywiad dziennikarzowi powiedział szczerze:
„Towarzyszu redaktorze, przecież sami wiecie
najlepiej, jak to powinno być napisane”. Gdy wywiad
ukazał się w „Sporcie”, Warszawa oczarowana była
głębią myśli i pomysłami szeregowego działacza partyjnego
z Łodzi, nic więc dziwnego, że przygotowano
dla niego ministerialną nominację.
Bolesław Kapitan był przewodniczącym Głównego
Komitetu Kultury Fizycznej dwukrotnie. Gdy do Polski
wybierał się Michaił Gorbaczow, jego żona Raisa
przypomniała sobie o polskim koledze ze studiów
w Moskwie. „A taki Bolek Kapitan? Co on u was
robi?”- zapytała, jak głosiła wówczas środowiskowa
anegdota, swoich przyszłych gospodarzy podczas
przygotowań do wizyty. Kapitan był wtedy sekretarzem
w Toruniu, a więc szybko ściągnięto go znów
do Warszawy.
Podczas swojej pracy na ministerialnym stanowisku
był jednak na tyle rozsądny, że niczego specjalnie
nie zepsuł, wspierając się w dużym stopniu
kompetencjami współpracowników. Jacek Dębski z
kolei zapragnął rządzić sam, choć dzisiaj wiemy,
że inspirację i siłę czerpał z mocno pozasportowych
kręgów. Rozpętana przez niego „wojna futbolowa”
tak naprawdę nie wygasła do dzisiaj, chociaż dawno
zbankrutowały już jego pomysły i w cień (albo za
kraty) odeszli ludzie, którymi się otaczał, zaś sam
odszedł z tego świata w niesławie.
O ile w jego przypadku nie mam żadnych skrupułów,
bo Dębskiego znałem na tyle dobrze, by stwierdzić,
że była to postać w najwyższym stopniu antypatyczna,
to żal mi ministerialnej i w ogóle urzędniczej
kariery Mieczysława Nowickiego, następnego łodzianina
w roli ministra sportu. Wybitny niegdyś kolarz,
skromny, dowcipny i sympatyczny człowiek, nie ma
predyspozycji działacza, za to wygodny jest dla ludzi,
którzy go wysuwają, bo nawet nie próbuje na tym polu
samodzielności, skrupulatnie realizując „wytyczne”.
Administruje, a nie rządzi, dając się wmanewrować
w bezsensowne, nieracjonalne pomysły inwestycyjne.
Jego sztandarową ideą jest od kilkunastu lat budowa
krytego toru kolarskiego, do czego nie zdołał doprowadzić
ani w Polsce, ani w Łodzi. Sygnowana przez
niego aplikacja Łodzi o prawo organizacji meczów
Euro-2012 miała poziom średnio zdolnego ucznia
gimnazjum, a budowa gigantycznej hali, którą dwa
lata temu hucznie rozpoczęto, właśnie stanęła, bo
skończyły się pieniądze, których trzeba dwukrotnie
więcej niż przewidywano.
W tym kontekście spodziewana nominacja Drzewieckiego
dobrze sportowi nie wróży. Umiejętność
ustawiania się do zdjęć tuż za Tuskiem i stanowisko
skarbnika PO to atuty pomocne w karierze, ale nie
gwarantujące fachowości. Drzewiecki deklaruje się
jako miłośnik sportu – gra w golfa z kolegami–biznesmenami.
Ponadto raz był przez kilka tygodni
prezesem klubu Anilana, gdzie jedyne co załatwił,
to wystawny bankiet dla dziennikarzy w „Kaskadzie”,
ale o innych jego dokonaniach (był na przykład
przewodniczącym sejmowej komisji sportu) jak
żywo nie słyszałem. Nie mam także informacji, by
swoimi zyskami skutecznego biznesmena wspierał
jako sponsor ruch sportowy, chociaż w krytyce i
wytykaniu błędów głośny był jest, nie przymierzając,
Janusz Wójcik.
Może więc dość już ministrów z Łodzi? Wolę bramkarzy,
nawet Tomaszewskiego.Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 44 • dodano 31-10-2007r. przez darek