Początek drogi

Dziury w całym
Filipiak WojciechPamiętam irytację Antoniego Piechniczka po remisowym meczu z Belgią w 1985 roku, który dał jednak naszej drużynie
awans do finałów mistrzostw świata. „Ludzie, dlaczego się nie cieszycie” - wołał zdenerwowany do dziennikarzy, którzy nieoczekiwanie
zaatakowali jego i sam zespół za grę w tym meczu. - „Przecież po raz czwarty z kolei grać będziemy w mistrzostwach
świata!” Mam nadzieję, że moi koledzy po fachu, na bieżąco relacjonujący do gazet mecz z Belgami z minionej soboty, nie popełnią
tego błędu i powstrzymają się na razie z ocenami umiejętności zespołu Leo Beenhaakera. On sam ma prawo: „Mecz był okropny i wcale mi
się nie podobał” - powiedział po meczu. Więcej nie zdążył, bo porwali go piłkarze, by triumfalnie podrzucać go do góry. Faktycznie
– to był moment na radość, a nie na krytykę.
Wygrywając z Belgią, Polska znalazła się więc wśród 16 najlepszych zespołów Europy. Nie po raz pierwszy – jak się teraz mówi,
bo przecież eliminacje mistrzostw świata są znacznie trudniejsze, a te udało nam się w historii przejść już siedmiokrotnie. Wchodząc
teraz do „szesnastki”, znaleźliśmy się w... tym samym miejscu, co podczas pierwszych, nieoficjalnych jeszcze mistrzostw
kontynentu, zwanych wówczas turniejem o Puchar Narodów: w 1959 roku przeszliśmy rundę wstępną bez gry i zagraliśmy z Hiszpanią
w 1/8 finału, czyli też wśród 16 najlepszych zespołów. Pierwszy mecz odbywał się także na Stadionie Śląskim w Chorzowie
i pamiętam euforię po golu Pola, który dawał nam prowadzenie. Rywal był jednak poza zasięgiem (no cóż, di Stefano, Gento,
Suarez, Kubala, Tejada to jednak lepsi gracze niż Szczepański, Pol, Zientara czy Baszkiewicz), wygrał z Polską 4:2 i 3:0, a w
zdobyciu Pucharu Narodów przeszkodziła później Hiszpanom „zimna wojna”, bo w ćwierćfinale z powodów politycznych Hiszpania
odmówiła gry z ZSRR. Jak to dobrze, że ten okres w historii (nie tylko futbolu) mamy już dawno za sobą.
Narzekania na grę w meczu z Belgią 22 lata temu brały się stąd, że byliśmy naszymi wcześniejszymi sukcesami już mocno zepsuci i każdy mecz porównywaliśmy
z występami zespołu Górskiego w Niemczech, Gmocha w Argentynie czy tegoż Piechniczka w 1982 roku w Hiszpanii, skąd przyjechaliśmy
przecież z trzecim miejscem. Dzisiaj od nadmiaru sukcesów w głowach nam się jeszcze nie kręci, bo choć wprawdzie dwukrotnie wchodziliśmy ostatnio
do finałów mistrzostw świata, to w obu przypadkach szybko nas stamtąd przeganiano.
Beenhaaker na pewno jest świadom wszystkich wad zespołu, którym obecnie kieruje. Jest fachowcem, więc pozostawmy to w jego kompetencjach.
Gdy umilkną oklaski i Krzyż Zasługi zawiśnie na szyi trenera, co obiecał prezydent Kaczyński, a reprezentacja wróci z ostatniego meczu w Belgradzie (dla
ochłody przypomnę, że po awansie do mistrzostw w Korei Polska przegrała z Białorusią 1:4), musimy więc stonować entuzjazm do rozsądnych rozmiarów
i zacząć martwić się o to, jak zespół Smolarka, Krzynówka i Błaszczykowskiego (gra tej trójki utkwiła mi w sobotę najbardziej w pamięci) poradzi sobie
w letnim turnieju w Austrii i Szwajcarii.
Belgia, Portugalia, Finlandia, Serbia i cała wschodnia reszta naszej grupy – to dopiero „runda wstępna”, dopiero teraz przyjdzie nam przecież grać
może właśnie – jak prawie pięćdziesiąt lat temu – z Hiszpanią. Na razie mamy w garści dopiero „talon na sukces”, który za kilka miesięcy przyjdzie nam
dopiero wykupić.
Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 47 • dodano 21-11-2007r. przez darek