Relatywizm na boisku

Krótkie krycie
Mikus Dariusz JanPiłka nożna od lat podlega utartym schematom i nie bardzo wiadomo, jak z nimi walczyć. Co prawda statystyki twierdzą swoje, ale w życiu bywa też miejsce na potwierdzające reguły wyjątki - co jedynie czyni owe statystyczne dogmaty bardziej wiarygodnymi.
Ostatnio było parę takich wypadków na boiskach naszej ligi. Oto ostatnia kolejka rozwiała mit gry na własnym boisku - tutaj rachunek zysków i strat gospodarzy jest wręcz porażający. Ledwo trzy remisy i ... pięć porażek (!!) - co daje iście przygnębiający wynik punktowy 3:18. Czy przed tą kolejką ktoś się tego spodziewał...?
Obala to mit gry na wyjazdach jako męczenia się w defensywie.
Jak było widać na załączonych do odbiorników telewizyjnych obrazkach, bardzo, ale to bardzo opłacało się grać z otwartą przyłbicą, nie pokazując bojaźni przed rywalem.
Inna sprawa, że obecny system punktowania - wbrew wieloletnim nawykom niektórych szkoleniowców - wcale nie promuje asekuranckich zachowań.
Innym przezwyciężaniem dogmatu była próba grania w piłkę podczas meczu sosnowieckiego Zagłębia z Wisłą. Tam oraganizatorzy - przy wydatnej pomocy aury - postanowili udowodnić futbolistom i publiczności, jak bardzo pokrewnymi sportami są piłka nożna i piłka wodna. Dla urozmaicenia telewizja pokazała też kilka przykładowych wręcz ślizgów saneczkarskich - a po jednym (tym razem raczej na wzór skeletonu) widzowie przed odbiornikami mogli odczytać z ruchu ust zawodnika Wisły tak okazałą wiązankę, że można by nią obdzielić kilka budek z piwem. Akurat tym razem się chłopakowi nie dziwię...
I na nic tu wspomnienia heroicznego meczu z RFN na Mistrzostwach Świata - kilkadziesiąt lat poźniej, nawet w Sosnowcu, trzeba umieć skutecznie zadbać o kulturę warunków do grania...
Jest też kolejny mit - stwarzania dogodnych sytuacji poprzez grę „na faul” w pobliżu pola karnego rywali. Cóż z tego, że tak w polskiej lidze potrafi grać wiele drużyn, skoro podczas ostatniej kolejki sprawozdawcy wytknęli graczom, że dwa zdobyte bezpośrednim strzałem na bramkę z rzutu wolnego gole to bramki numer... sześć i siedem. Trochę mało...
Teraz relatywizm wyjrzał też ze strony naszych szacownych fachowców od komentowania wyników losowania do eliminacji mistrzostw świata. Okazuje się, że rywali mamy słabych i już - jak nie z pierwszego, to z drugiego miejsca - awansowaliśmy do finałów tej imprezy.
Panowie, a czy nie pamiętacie czasem, z kim gubiliśmy punkty podczas tak udanych dla nas ostatnich kwalifikacji do ME?
To wcale nie była Portugalia - faworyt naszej grupy.
Teraz nie ma slabych i każdy może narobić zamieszania. Trzeba o tym pamiętać!!
Dariusz Jan Mikus
Tygodnik Kibica nr 48 • dodano 28-11-2007r. przez darek