strona głównao tygodnikuredakcjaprenumeratakontaktforum

Holenderskie standardy

Okienko na świat

Ludwiczek Czesław
Wprawdzie euforia i szaleńcza radość wywołane zwycięstwem piłkarskiej reprezentacji Polski nad Belgią już nieco opadły, ale nadal przecież tkwi w duszach fanów futbolu satysfakcja, że oto nasza drużyna narodowa po raz pierwszy zagra w finałach mistrzostw Europy. W powszechnej opinii sprawcą tego sukcesu jest holenderski trener naszej kadry narodowej Leo Beenhakker. W ciągu jednego wieczoru spędzonego na Stadionie Śląskim w Chorzowie urósł do roli bohatera narodowego i obsypany został zaszczytami, jakie tak ważnej personie przysługują. Co więcej, już następnego dnia szef kancelarii prezydenta Rzeczypospolitej zapowiedział, że głowa państwa przyzna Holendrowi krzyż zasługi, a co bardziej rozgorączkowani działacze i dziennikarze zaczęli przebąkiwać o nadaniu mu obywatelstwa polskiego. Może rzeczywiście Holender zasługuje na wszystkie te honory, ale ktoś, kto z nieco chłodniejszą głową podchodzi do futbolowych wydarzeń, zastanawia się, cóż takiego ów trener uczynił, że jego podopieczni odnotowali historyczny sukces. Bo prawdę pisząc, nie uczył ich techniki piłkarskiej, nie wpajał im instynktu strzeleckiego, nie pracował nad ich sprawnością, szybkością i wytrzymałością, bo większość reprezentantów już te walory posiadała. Jeśli cokolwiek w tym kierunku zrobił, to chyba tylko tyle, że zauważył ich kwalifikacje i włączył ich do drużyny. Wszakże i z tym elementem były pewne problemy, bo jak sobie czytelnicy zapewne przypominają, nawet taki as jak Ebi Smolarek miał trudności w początkowym okresie eliminacji z „załapaniem” się do podstawowego składu. A mimo tych zastrzeżeń nikt lub prawie nikt nie ma wątpliwości, że ów awans do finałów Euro 2008 to w głównej mierze jego zasługa. Nawet sami piłkarze potwierdzili to jednoznacznie na oczach milionów telewidzów, podrzucając go wielokrotnie w górę i dziękując mu w ten sposób za sukces. Żaden jednak z reprezentantów nie potrafił w setkach wywiadów udzielonych po meczu wyjaśnić, co zawdzięcza trenerowi i w jaki sposób zagwarantował im bilety lotnicze do Austrii i Szwajcarii. Możemy się zatem tylko domyślać, że znajdywał z nimi wspólny język, że stworzył dobrze rozumiejący się kolektyw, że trafnie rozpracowywał grę przeciwników i że precyzyjnie układał założenia taktyczne, a jak trzeba było - umiejętnie je weryfikował. Przynajmniej na ten ostatni manewr mamy niezbity dowód, bo właśnie podczas tego meczu z Belgią, kiedy naszej drużynie nie szło, przesunął Żurawskiego nieco do tyłu, Krzynówka na lewą pomoc, a Smolarka do ataku, co w konsekwencji zaowocowało pierwszym golem strzelonym przez Ebiego. Tak czy owak Leo Beenhakker należy do grupy cieszących się sławą szkoleniowców holenderskich, na których istnieje w piłkarskim świecie dość duże zapotrzebowanie. Niegdyś należeli do niej m.in. Rinus Michels i Johan Cruyff, a dziś oprócz Beenhakkera brylują w niej Frank Rijkaard, Marko Van Basten, Ronald Koeman, Guus Hiddink, Dick Advocat. Wszyscy prowadzą renomowane drużyny klubowe bądź też reprezentacje różnych krajów i wszyscy są hojnie opłacani. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że wszyscy osiągają wspaniałe wyniki. Bywa nawet, że mają kłopoty z utrzymaniem wysokiej formy swoich drużyn. Ostatnio spore rozczarowanie przeżył Guus Hiddink, który po sukcesach z reprezentacją Australii w MŚ 2006 zaangażowany został na stanowisko selekcjonera Rosji. W kontrakcie, który wówczas podpisywano, postawiono mu zadanie wprowadzenia reprezentacji do finałów ME 2008. Gdy w październiku br. Rosjanie pokonali Anglię, wydawało się, że zadanie to jest zrealizowane, bo pozostawały jeszcze tylko mecze z Izraelem i Andorą. Nie czekając więc do końca eliminacji, przedłużono z nim kontrakt do 2010 roku. Tymczasem w meczu, który miał usankcjonować ich awans do ME, z Izraelem, Rosja doznała porażki i szansa awansu znów uciekła. Na głowę Hiddinka posypały się gromy, a i on sam przyznał, że w drużynie brak było wzajemnego zrozumienia, myśli ofensywnej, celnych podań i że fatalnie spisywała się obrona. Cały piłkarski świat Rosji ubolewał, bo stawało się niemal oczywiste, że drużyna narodowa nie wystąpi w ME. Ale dobry trener, a za takiego uchodzi Hiddink, musi mieć dużo szczęścia. I los zesłał mu go aż nadto. Mimo iż drużyna nadal grała źle i w ostatnim meczu pokonała Andorę tylko 1-0, to jednak awansowała do ME. A to dlatego, że na Wembley stał się cud, bowiem Anglia, której do awansu wystarczał jeden punkt, przegrała z Chorwacją. Tak więc ostatecznie holenderski selekcjoner Rosji dotrzymał zobowiązania złożonego w kontrakcie. Można by więc z odrobiną ironii stwierdzić, że holenderska szkoła trenerska odniosła triumf. Natomiast już bez ironii, w tej samej Rosji triumfował Dick Advocat, który z prowadzoną przez siebie drużyną Zenit St.Petersburg zdobył mistrzostwo kraju. Podpisano z nim zatem nowy kontrakt, w myśl którego zarabiać będzie 4 mln dolarów rocznie. Jeżeli jeszcze Frank Rijkaard zdobędzie z Barceloną mistrzostwo Hiszpanii, to teza o wysokim standardzie holenderskiej myśli szkoleniowej zostanie w pełni udowodniona. Czesław Ludwiczek
Tygodnik Kibica nr 48 • dodano 28-11-2007r. przez darek
© 2007 Tygodnik Kibica Wszystkie prawa zastrzeżone.
Liczba odwiedzin:917316