Smutny jubileusz

Dziury w całym
Filipiak WojciechTo nie jest, niestety, temat do żartów – zatrzymano właśnie setną osobę podejrzaną o „ustawianie” wyników meczów piłkarskich. Poruszająca się po Polsce ruchem konika szachowego, bo trudno znaleźć inny logiczny klucz podejmowanych działań, wrocławska prokuratura zbiła tym razem z szachownicy ważne osobistości z Widzewa i Jagiellonii, otwierając nowe fronty walki. Nie zdziwimy się, jeżeli wkrótce zaproszenia na przesłuchanie dostaną ludzie z innych klubów – słychać o Cracovii, Koronie, ŁKS, szczecińskiej Pogoni. „Zaczynamy rozpracowywać grupę warszawsko-rzeszowską” - to zdanie z wypowiedzi jednego z prokuratorów prowadzących śledztwo zapowiada wiele emocji na zimową przerwę w rozgrywkach, a Michał Tomczak dostał pewnie nowe sygnały z Wrocławia, bo ma zamiar wycofać swoją dymisję z funkcji przewodniczącego Wydziału Dyscypliny. Czuje, że znów będzie miał poważniejszą robotę niż wymierzanie kar za czerwone kartki.
Trzeba sobie w tym miejscu jasno powiedzieć: w istniejącej obecnie sytuacji nie ma dobrego sposobu, jak wydostać się z tego powszechnego – jak się okazuje – bagna. Jeżeli karać kluby, to w jaki sposób: degradacją czy tylko odbieraniem punktów? Jeżeli dyskwalifikować i skazywać sądownie poszczególne osoby, to co ze sportowym aspektem tych przestępstw: uznać uzyskane na boisku, a często oszukańcze, jak wiemy, wyniki, za obowiązujące? Jeżeli postawić grubą kreskę, to od kiedy i w jakim zakresie? Wybrano, niestety, sposób kunktatorski: na przeczekanie. Prokurator robi swoje, reszta (czyli całe środowisko piłkarskie) tylko się przygląda. Złośliwie można uznać, że każdy siedzi cicho z obawy o własną skórę, bo po co się wychylać, kiedy można być kolejnym na liście, już z numerami powyżej stu.
Nie widać też chęci do rzeczywistego odcięcia się od niechlubnej przeszłości. Już wiemy, proszę panów prezesów, że mecze kupowano i nikt nie będzie wierzył w niczyją niewinność. Nie było pardonu w przypadkach wcześniej ukaranych klubów, od Szczakowianki, która może się odwoływać choćby do Pana Boga, a hańby z siebie nie zmyje, poprzez kluby z Gliwic, Polkowic, Gdyni, Łęcznej i Ostrowca. Na co więc liczą w Sosnowcu, składając kolejne apelacje? Dlaczego Jacek Ż., kierownik drużyny ŁKS, wymieniany w paru przypadkach na liście „Dziennika – Polska” dalej funkcjonuje w tej roli i jak gdyby nigdy nic wita się z sędziami, wręczając im przed meczem protokół z nazwiskami? Po tym, jak Wojciech Sz. przyznał się do postawionych zarzutów i wyszedł za kaucją w wysokości, która wskazuje na duży ciężar zarzutów, Widzew wydaje oświadczenie, w którym tenże były wiceprezes i aktualny współwłaściciel wszystkiego się wypiera, a pozostali wspólnicy twierdzą, że o niczym nie wiedzieli. Gdy piszę ten tekst w poniedziałkowe popołudnie, Jagiellonia nadal milczy, ale nie należy się spodziewać innej reakcji niż te, które opisałem.
Jan Tomaszewski lansuje pomysł surowego karania tych klubów, jakie do tej pory „wpadły” i mają wpaść. Na argument, że złapano tylko niektórych, bo kupują chyba wszyscy, odpowiada logicznie: „Przecież wszyscy przekraczają przepisy drogowe, a policja karze tylko tych, których złapie. Pan X namierzony radarem nie może się tłumaczyć, że Y jechał jeszcze szybciej”. To jest jakieś wyjście.
Mimo braku sensownego rozwiązania dotyczącego każdego z podejrzanych klubów, nikt nie zdecyduje się jednak na „opcję zerową”: likwidację dotychczasowych struktur klubowych i rozpoczęcie od nowa eliminacji do zawodowej, uczciwej ligi, w których znalazłyby się zespoły na to zasługujące pod względem sportowym, organizacyjnym i moralnym. To chyba niemożliwe, bo za dużo krzyżuje się w tym wszystkim całkiem konkretnych, finansowych interesów.
Jest jeszcze jedna sprawa, o której mówi się mało albo wcale. Nikt przytomny nie uwierzy, że jedyną skorumpowaną grupą w futbolu są sędziowie. Owszem, rozplenił się szeroko zwyczaj „podpierania się” u arbitrów, którzy w wielu przypadkach wykorzystują sytuację i... biorą łapówki od obu stron, by w efekcie gwizdać uczciwie. Ale przecież przez ponad 35 lat pracy dziennikarskiej napatrzyłem się ci ja i nasłuchałem opowieści o meczach sprzedanych przez samych zawodników! Wśród tej „listy stu”, piłkarzy jest bodaj czterech (z Sosnowca), a na dodatek byli to raczej dawcy niż biorcy. Powtarzam jak Katon w sprawie Kartaginy, ale to przecież nie tylko sędzia pomógł Zagłębiu wygrać kiedyś w Radomsku najbardziej obrzydliwie „ustawiony” mecz, jaki widziałem, a konkretni zawodnicy RKS, którzy przewracali się pod bramką na widok piłki. Klub – akurat też mający wiele „za uszami” w tych sprawach – chciał ich nawet ukarać, ale PZPN przestraszył się afery i dyskwalifikacje nakazał anulować. Nie było dowodów, ale teraz już łatwiej je znaleźć, gdyby dobrze poszukać.
Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 49 • dodano 05-12-2007r. przez darek