Grali hymny, i co z tego

Dziury w całym
Filipiak WojciechWszystko wiem i rozumiem: odpowiedni formularz FIFA,
stroje w barwach narodowych, hymny przed meczem... Formalnie
w minioną sobotę Polska rozgrywała kolejny mecz
międzypaństwowy, który uwzględniany będzie w oficjalnych
zestawieniach. Lisowski, Pazdan, Kuklis, Madejski i ktoś
tam jeszcze zapisali sobie w dorobku reprezentacyjny debiut,
co pewnie u nich samych, jeśli są w stanie krytycznie
ocenić swoje umiejętności, wzbudza zdziwienie, że tak
łatwo o ten zaszczyt. Na to, że mecze międzypaństwowe to
spotkanie najsilniejszych zespołów danych krajów, nikt już
nie zwraca dzisiaj uwagi.
Pobyt krajowej kadry w Turcji oraz rozegrane tam dwa spotkania służyły określonemu
celowi i trudno dyskutować z ideą samego wyjazdu. Trener Beenhakker
i jego współpracownicy na pewno właściwie ocenią płynące z niego korzyści i wyciągną
wnioski, no i może rzeczywiście któryś z zawodników znajdzie się wkrótce
w prawdziwej reprezentacji, chociaż z drugiej strony trudno być optymistą, gdy
patrzy się na losy podobnej drużyny, która rok temu przyszła egzamin w Emiratach.
Polska – przypomnę – wygrała wówczas 5:2 z zespołem Zjednoczonych Emiratów
Arabskich (też zresztą nie w najsilniejszym składzie). Nie było to spotkanie przełomem
w karierze Barłomieja Grzelaka, który strzelił wówczas dwa gole, Adam
Kokoszka nie przebił się dzięki debiutowi choćby do ligowej drużyny Wisły, Jakub
Wawrzyniak jest w Legii nadal tylko dublerem Kiełbowicza, a Paweł Magdoń, który
zdobył jedną z bramek, w GKS Bełchatów grywał w tym sezonie tylko w zespole
rezerw i w meczach pucharowych. Chyba tylko dla Macieja Iwańskiego i Wojciecha
Łobodzińskiego tamten wyjazd i oficjalny debiut w takim meczu oznaczał faktyczne
włączenie w krąg kandydatów do reprezentacji, bo przecież z powodzeniem
zagrali oni w kilku spotkaniach eliminacyjnych w minionym sezonie. O grających
także wówczas Łukaszu Gargule, Radosławie Matusiaku czy Marcinie Wasilewskim
nie wspominam, bo zadebiutowali oni w zespole Beenhakkera wcześniej w
poważniejszych meczach.
Generalnie jednak nie jest źle, jeśli z grupy testowanych wyłowi się – jak w
powyższym przypadku – dwóch dobrych. Za parę miesięcy przekonamy się, co dał
wyjazd do Turcji, chciałbym natomiast raz jeszcze wrócić do spraw dokumentacyjnych
(nie używajmy, proszę, słowa statystyka w tym kontekście, bo odnosi się ono
do całości zjawisk, a nie pojedynczych przypadków; to, czym się zajmujemy, to
właśnie dokumentowanie piłkarskiej historii).
Jeszcze raz okazało się, że formalna definicja meczu międzypaństwowego (owe
wspomniane na wstępie formularze FIFA, hymny, flagi) jest w skomercjalizowanej
rzeczywistości anachronizmem. Nie oszukujmy się – mecz z Bośnią na hotelowym
boisku gdzieś koło Alanyi, rozgrywany w obecności kilkunastu przypadkowych
widzów, był międzypaństwowym tylko dlatego, by po raz kolejny mająca prawa do
pokazywania meczów reprezentacji Polski agencja marketingowa mogła zainkasować
kolejny milion złotych od TVP, mającej obowiązek mecze międzypaństwowe
transmitować, a nawet jak nie transmituje, to też musi płacić. Telewizja finansuje
więc pośrednio polski futbol (minus to, co wzięli pośrednicy), sama też pewnie na
tym nie traci, bo ma dzięki temu określoną pulę reklam i tylko dlatego musimy
stawiać kolejne krzyżyki i kreski przy nazwiskach reprezentantów.
Ciekaw jestem, czy Bośniacy uznawać będą to spotkanie za oficjalne, bo przecież
sami ogłosili, że wystawiają reprezentację „olimpijską”, cokolwiek to znaczy.
Po raz kolejny przypomina się klasyczny w naszej piłkarskiej historii przypadek
– wyjazdy młodzieżówki do Japonii i na Haiti, dopiero po latach zaliczone do
oficjalnego rejestru.
Jest przecież dużo możliwości nazwania takiego zespołu, a na nomenklaturowych
niuansach wartość szkoleniowa tureckiego wojażu nic by nie straciła. Przeciwko
Bośniakom grała reprezentacja ligi, Polska B, czy choćby (na użytek zagranicy)
Poland XI – czyli „polska jedenastka”, na wzór Anglików, którzy tak właśnie
określają nieoficjalne występy swoich zespołów reprezentacyjnych i klubowych,
sygnalizując jednocześnie, że nie jest to najsilniejszy skład.
Nie ma wyjścia – wobec argumentów formalnych trzeba ten mecz uznać za oficjalny,
chociaż kategoria spotkań międzypaństwowych powinna być rozbudowana
o nową grupę: mecze telewizyjne.
Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 51 • dodano 19-12-2007r. przez darek