strona głównao tygodnikuredakcjaprenumeratakontaktforum

Polacy z odzysku

Dziury w całym

Filipiak Wojciech
Trwa obecnie turniej piłkarski juniorów do lat 18 imienia Granatkina w Petersburgu, a wkrótce starszy rocznik wyjeżdża na turniej do egzotycznego Kataru. Ponieważ gazety sportowe skąpo informują o wynikach reprezentacyjnych drużyn juniorskich, ogół kibiców nie wie, że znaczną grupę wśród powoływanych na takie mecze stanowią mieszkający za granicą Polacy, choć właściwie lepiej byłoby napisać: Niemcy, Anglicy, Francuzi, Amerykanie polskiego pochodzenia, bo trzeba ich odróżnić od wychowanków polskich klubów, wyjeżdżających w młodym wieku na zagraniczne staże (takich też nie brakuje). W PZPN istnieje specjalna komórka zajmująca się wyławianiem piłkarzy o polsko brzmiących nazwiskach, aktywni są też w tym względzie rozliczni menedżerowie, a często zdarza się, że i sami rodzice zachwalają w PZPN swoich synów, licząc na przyspieszenie kariery. To ostatnie sformułowanie jest istotne - szczerze mówiąc, wątpię w patriotyczne pobudki chęci gry „dla Polski”, bo chodzi raczej o całkiem doraźne korzyści. Takich potencjalnych Polaków z odzysku przesiewa się na ogół na konsultacjach kadr juniorskich i w towarzyskich turniejach, bo doświadczenie pokazuje, że im starszy rocznik, tym mniej ich jest, a i pożytek z takiego zaciągu mniejszy. Gdyby wymieniać wychowanych za granicą zawodników, którzy trafili do pierwszej reprezentacji, to lista skończyłaby się na dwóch nazwiskach: Tomasza Zdebela i Euzebiusza Smolarka. Zdebel nie miał szans na grę w reprezentacji Niemiec, przyjął więc powołanie do polskiej kadry, Smolarek z kolei musiał niejako kontynuować rodzinną legendę, a w tym konkretnym przypadku swoją rolę odegrało na pewno polskie wychowanie w domu i kultywowanie związków z krajem, czyli słynne wizyty „Ebiego” u babci w Aleksandrowie Łódzkim. Już jednak sprawa Andy’ego Johnsona pokazała, że swoją polskość można rozgrywać instrumentalnie. Z kilkudziesięciu powołań zawodników polskiego pochodzenia do kadr juniorskich nie wynikło niemal nic, chociaż niektórym udało się dotrzeć do reprezentacji młodzieżowej. Takie osiągnięcie to już jednak szczytowy punkt kariery takich piłkarzy jak Spiżak, Romańczuk, Telenga, Szukała, Karp, Bandrowski, Mielniczek, Starosta, którym – dla dodania powagi – dopisywano z reguły przy nazwisku nazwę znanego zagranicznego klubu, ale teraz już tylko najwięksi szperacze są w stanie ich znaleźć w szerokich kadrach klubów coraz niższych klas. Zdarza się, że niektórzy grywali w kadrze za własne pieniądze, jak na przykład Andrew Konopelsky z USA, który po przyjeździe do Polski okazał się za słaby nawet na III ligę. Może więc jest tak, że poświęcając dużo czasu i pieniędzy na poszukiwania za granicą, zaniedbujemy selekcję wśród talentów w kraju. Bo skoro statystycznie niewielkie są szanse, by wnieśli coś do polskiego futbolu reprezentacyjnego i klubowego tacy zawodnicy jak S-latef (Helsingborg), Grund (Reutlingen), Kmieć (Werder Brema), Surgota (Hannover 96), Olbrich i Stulin (Kaiseslautern), Blaha i Zakrzewski (Borussia Mönchegladbach) – wszyscy oni grają w aktualnej kadrze do lat 18 – to może zajmują oni miejsce i czas trenera Michała Globisza, jakie z większym pożytkiem mogli wykorzystać młodzi piłkarze z Białegostoku, Bydgoszczy, Koszalina czy jeszcze mniejszych miast? Coraz liczniejsza obecność zawodników wychowanych i ukształtowanych piłkarsko za granicą nie przekłada się też na doraźne wyniki zespołów juniorskich. Przypomnieć trzeba bowiem, że wszystkie ostatnie sukcesy (mistrzostwo do lat 16 w Turcji, złoty medal do lat 19 w Finlandii, poprzedzony srebrem dwa lata wcześniej) nasze zespoły odniosły w składach, w których znajdowali się wyłącznie wychowankowie polskich klubów. Reprezentacji kraju nie można sobie wybierać, a sama umiejętność gry w piłkę nie może być jedynym kryterium. Ważne jest wychowanie, język, także oczywiście miejsce zamieszkania, szkoła, koledzy i sąsiedzi. Pewnie, że w reprezentacji Polski łatwiej jest zagrać niż w narodowych zespołach Niemiec, Francji, Anglii czy Włoch, tym większe trzeba więc mieć uznanie na przykład dla Klosego i Podolskiego (a także licznej grupy polskich emigrantów w Niemczech i we Francji we wcześniejszym okresie), którzy takie wyzwanie podjęli i z powodzeniem je zrealizowali. Do Polski też napływa wielu imigrantów, choć na razie w zespole narodowym zagrało tylko dwóch – Olisadebe i Geworgian, nie licząc Węgra Patkolo jeszcze z lat czterdziestych. Teoretycznie możliwy jest więc narodowy zespół składający się w połowie z piłkarzy z zagranicy oraz z cudzoziemców mieszkających w Polsce, a to dość ponura perspektywa dla rodzimej piłki.Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 2 • dodano 09-01-2008r. przez darek
© 2007 Tygodnik Kibica Wszystkie prawa zastrzeżone.
Liczba odwiedzin:917318