Wywiad nie doniósł

Dziury w całym
Filipiak WojciechRozdzielenie informacji od komentarza to podstawowy kanon współczesnego dziennikarstwa, chociaż trudno powstrzymać się od wskazania hipokryzji takiego sformułowania, bo chociażby sam dobór informacji jest swego rodzaju komentarzem. W innym miejscu przedstawiłem to, co usłyszałem, zapamiętałem i zanotowałem na spotkaniu z członkami zarządu Widzewa, zapowiadającymi ostre kroki przeciwko PZPN po ostatnich decyzjach Wydziały Dyscypliny w stosunku do tego klubu. Powstrzymywałem się jak mogłem od przedstawiania swoich wątpliwości wobec wysuwanych argumentów, bo to nie ja będę rozpatrywał zapowiadane odwołania. Owszem, sam się dziwię różnym miarom, jakie PZPN przykłada do poszczególnych klubów, ale z drugiej chciałoby się głośno zapytać: od ilu meczów rozpoczyna się korupcja – od jednego, jak w przypadku Piasta Gliwice, który stracił za to dziesięć punktów, kilku, jak w przypadku Widzewa, czy od kilkudziesięciu, jak w przypadku Arki czy Zagłębia Lubin, które wywija się przed karą z niezwykłą determinacją.
Obecni szefowie klubu zarówno w sprawie o korupcję, jak i dawnych długów, mówią jedno: nic nie wiedzieliśmy! To najłatwiejsze usprawiedliwienie, ale jednocześnie najmniej sensowne, bo wyrażane głośno zdziwienie na wieść o niecnych postępkach jednego ze wspólników (a więc klub, w sensie ogólnym, wiedział) budzi wśród publiczności uśmiech politowania. I to nie nad naiwnością współpracowników Wojciecha Sz., a nad ich tanim cwaniactwem.
W sprawach widzewskich długów podnoszona jest sprawa aż dwóch audytów biegłych księgowych, którzy zbadali dokładnie finanse klubu i uznali, że wszystko jest w porządku. Tu też nie wierzymy podwójnie! Sylwester Cacek obraca nie takimi pieniędzmi i nie takie interesy w życiu zrobił, by nie wiedzieć, że ewentualnego kontrahenta trzeba prześwietlić na wszystkie strony. Przecież przed tak poważną, wartą kilkadziesiąt milionów złotych inwestycją korzysta się zwykle z usług wyspecjalizowanych firm, które dyskretnie sprawdzają, ile ewentualny kontrahent faktycznie jest wart. Przynajmniej tak pokazują na filmach, ale może w życiu jest inaczej?
Ludzie prezesa Cacka, zajmujący obecnie najważniejsze stanowiska w klubie, robią więc swojemu szefowi niedźwiedzią przysługę, gdy twierdzą, że o niczym nie wiedział. Był tak łatwowierny i naiwny, że dopiero teraz dowiedział się i zrozumiał, jak działa piłkarski biznes, w którym dużo się obiecuje, ale mało płaci, a sukces sportowy wynika w wielu przypadkach z pozaboiskowych działań? Przecież piłkarskie dziewictwo stracił już kilkanaście lat temu, gdy próbowano w Piasecznie zbudować silny zespół. Drużyna bliska była awansu do ekstraklasy, ale w następnym sezonie nie przystąpiła w ogóle do gry. „Nie było zainteresowania środowiska” - tę nagłą rejteradę tłumaczy teraz wspierający obecnie Sylwestra Cacka od strony merytorycznej Grzegorz Bakalarczyk, kiedyś trener, dziś wiceprezes zarządu widzewskiej spółki. On też z prasy dowiedział się, że mecz można kupić albo sprzedać?
Albo więc naiwnego Cacka „wkręcili” w kłopoty jego obrotni współpracownicy i wspólnicy z Bońkiem i Szymańskim włącznie, albo też wszystko odbywało się na zasadzie: „Mordo ty moja, razem ich przekręcimy”. Oba te przypuszczenia obrażają inteligencję obecnego większościowego udziałowca Widzewa – on musiał przecież o wszystkim wiedzieć i zdawać sobie sprawę, na jaki teren wkracza. Teraz honor Widzewa i jego samego może uratować tylko jedno: szczera pokuta, a nie pseudoprawnicze sztuczki.
Wojciech Filipiak
Tygodnik Kibica nr 4 • dodano 23-01-2008r. przez darek